Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Serenada Schizophrana

23 Listopad 2006, 11:36 
Kompozytor: Danny Elfman

Rok wydania: 2006
Wydawca: Sony Classics

Muzyka na płycie:
Serenada Schizophrana

Odtwarzaj / Zatrzymaj

SATYSFAKCJA GWARANTOWANA - nagroda Soundtracks.plOstatnio w radiu usłyszałem opinię, że współczesna muzyka amerykańska jest znacznie bardziej komunikatywna niż europejska, gdyż dla Europejczyków ikoną jest Beethoven, a dla Amerykanów Bob Dylan. Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Beethoven to kompozytor wielki i przez wszystkich ceniony, lecz jednak uchodzący za elitarnego – jego dzieła słucha obecnie stosunkowo wąska grupa odbiorców. Dlatego też w Europie tak zwana sztuka wysoka kojarzy się albo z muzyką klasyczną albo z awangardowymi utworami współczesnych artystów, nie zrozumiałymi dla przeciętnego słuchacza. Inaczej jest w Stanach. Skoro tam za uosobienie muzycznej doskonałości uznaje się twórcę wybitnego, ale jednocześnie popularnego, Amerykanie nie mają oporów w tworzeniu sztuki przyswajalnej przez masy, nie boją się zarzutów o niską oryginalność czy powtarzalność. Może właśnie dlatego ich dzieła łatwiej polubić.

W tę charakterystykę doskonale wpisuje się najnowsza kompozycja Danny`ego Elfmana, jednego z najciekawszych współczesnych kompozytorów muzyki filmowej, zatytułowana – Serenada Schizophrana. Jak wiadomo, muzycy pracujący przy filmie nie przywiązują aż tak wielkiej wagi do oryginalności, lecz przede wszystkim chcą wnieść do obrazu odpowiedni nastrój oraz emocje, używając różnych środków stylistycznych i technicznych. Kiedy oglądamy film czy słuchamy soundtracku, często dostrzegamy nawiązania do utworów Strawińskiego, Szostakowicza, Czajkowskiego i innych mistrzów, ale jeśli nie mamy do czynienia z plagiatem, odbieramy je raczej pozytywnie. Dlaczego zatem niektórzy reagują inaczej, kiedy słuchają współczesnych kompozycji autonomicznych, których autorzy czerpią trochę z dokonań swoich poprzedników? Nie wiem. Wiem natomiast, że przez takie zacietrzewienie można przegapić wiele niezwykle interesujących dzieł. Takich, jak właśnie Serenada Schizophrana.

Pisząc ten wstęp nie chodziło mi o to, żeby przygotować Was, drodzy czytelnicy, na Elfmanowski miks muzycznych stylów, pochodzących od wcześniejszych kompozytorów. Pierwsza koncertowa kompozycja twórcy Batmana zachowuje bowiem swą odrębność, jest charakterystyczna i w pewnym stopniu oryginalna. Chciałem więc tylko pokazać, że w dzisiejszych czasach można stworzyć coś bardzo świeżego, ale jednocześnie komunikatywnego. Tak komunikatywnego, jak muzyka filmowa.

Owa świeżość Serenady leży w specyficznej, trochę groteskowej stylistyce Elfmana, którą ukształtował on przy współpracy z reżyserem Timem Burtonem. Przejawia się ona w, znanym z Miasteczka Halloween czy Edwarda Nożycorękiego, połączeniu ze sobą nastrojów grozy i komizmu, mroku i nostalgii, błazeństw i poetyckiego sentymentalizmu. Artysta jak nikt inny potrafi tworzyć takie odważne fuzje. Ale nie tylko w nich znajduje ujście swojej niezwykłej muzycznej wyobraźni. Kompozytor po raz kolejny obnaża swój nieprzeciętny zmysł kolorystyczny i harmoniczny – Serenada obfituje w porywające współbrzmienia i zjawiskowe efekty orkiestracyjne, świadczące o perfekcyjnym warsztacie i finezji Elfmana. Utwór charakteryzuje się również nieprzerwaną ciągłością i spójnością formalną, przeważnie kształtowaną poprzez rytmikę i rozwój harmoniczny. To niewątpliwie najbardziej przemyślane dzieło słynnego kompozytora.

Dowodem tego niech będzie pierwszy utwór Serenady - I. *Pianos, który ma bardzo logiczną strukturę, co nie znaczy, że przewidywalną. Wręcz przeciwnie. Rozpoczynają go tajemnicze, nakładające się na siebie dźwięki smutnego fortepianu, rysujące wyraźny, trzy-nutowy motyw, tajemnicze, selektywne *pizzicato smyczków i falujące motywy instrumentów dętych drewnianych. Dzięki takiej fakturze i stopniowej gradacji dynamicznej, słuchacz odnosi wrażenie wykluwania się czegoś, czuje, że za moment nastąpi wybuch. Rzeczywiście, kulminacja się zbliża, lecz kiedy powinien wybrzmieć jej ostatni, pełen napięcia akord, wraz z głośnym *tremolem kotłów muzyka znów schodzi do parteru. Ale teraz już naprawdę nabiera tempa, a *artykulacja zmienia się na ostrzejszą. Słyszymy rytmiczne pizzicato i przenikliwe repetycje fortepianu, po których nagle wchodzą szybkie, głośne motywy smyczków , nadające jeszcze większej motoryki. Dołączają się instrumenty dęte i orkiestra już w pełnym składzie buduje kolejną kulminację, tym razem o tryumfalnym charakterze – występują nawet dwa typowo „westernowe” akordy rodem z Siedmiu Wspaniałych. Podobnie jak po pierwszej kulminacji, i teraz kompozytor jakby od nowa rozwija myśl muzyczną. Smyczki grają jednak od razu surowo, ostro i sucho pełne dynamizmu *synkopowane motywy. Wprowadzają one bardzo mocny, ciężki odcinek, wykonywany przez pełny skład, który przywodzi na myśl Ognistego Ptaka Strawińskiego. Kiedy wydaje się, że muzyka już osiąga apogeum (w potężne akordy kwintetu, dętych blaszanych i kotłów wpina się przeszywający klarnet) Elfman znów stosuje ten sam zaskakujący zwrot, polegający na kontraście. Zmienia się też *metrum i muzyka ewoluuje, podobnie jak poprzednio, do kolejnego cięcia. Ale tym razem kompozytor wprowadza nową myśl – solo fortepianu. Jest ekspresyjne i jednocześnie zwięzłe, konkretne. Mocno kojarzy się z koncertami fortepianowymi Prokofieva, zwłaszcza po ponownym wejściu orkiestry. Z biegiem utworu Elfmana ponosi coraz większa fantazja. Kontrasty stają się liczniejsze, dowcip coraz wyraźniejszy, nasilają się różnego rodzaju ornamenty – od figuracji dętych drewnianych po przenikliwe tremolo ksylofonu. Pojawia się nawet jazzująca melodia grana przez saksofon. Zresztą do końca utworu rozmaitych interesujących rozwiązań jest jeszcze cała masa i trudno je wszystkie omówić Dodam tylko, że pod koniec pojawia się trzy-nutowy motyw z początku utworu, niejako porządkujący formę. Niezwykłe bogactwo pomysłów, pomysłowość aranżacyjna, specyficzny styl i doskonała konstrukcja I. Pianos świadczą o – nie bójmy się tego słowa – genialności artysty.

Nieco wytchnienia po tej prawdziwej muzycznej bombie przyniesie słuchaczowi utwór II. Blue Strings. Spokój jaki ma w sobie wynika z ewolucyjnej budowy – słyszymy stopniowo rozwijane współbrzmienia kwintetu smyczkowego i krzyżujące się, różnie artykułowane motywy. Trzeba jednak powiedzieć, że utwór niesie też trochę niepokoju. Niektóre frazy charakteryzuje swoisty nerw i wzmożona ekspresja, jak na przykład przejmujące solo skrzypiec, przywodzące na myśl Osadę J.N. Howarda.

Z kolei III. Brass Thing wyróżnia marszowy charakter (typowa rytmika) i, jak sama nazwa wskazuje, duża rola instrumentów dętych blaszanych. Wiodą tu one prym. Utwór nie byłby jednak tak biorący, gdyby nie jego fenomenalna, jazzowa część. Utrzymana została w bardzo klasycznym stylu i właściwie nie ma w niej nic oryginalnego, ale przynosi spory powiew świeżości między ciężkimi, nieraz mocno *dysonującymi frazami.

Gdyby omawiana kompozycja została stworzona do filmu, jej kolejny utwór, IV. The Quadruped Patrol, scharakteryzowałbym jako efektowny *action score. Mamy tu bowiem potężne kaskady orkiestry symfonicznej i typowe dla Elfmana syntetyczne organy, nadające muzyce złowieszczo-prześmiewczego charakteru. Z pewnością robi wrażenie, ale patrząc przez pryzmat całego dzieła, prezentuje się chyba najmniej ciekawie. Za to absolutną rewelacją jest V. I Forget. Siłą tego utworu jest cudowny temat, który śpiewa doskonale znany miłośnikom twórczości Elfmana, znamienny żeński chór. W tle słyszymy oryginalny pod względem brzmieniowym akompaniament ksylofonu i marimby, „skradające się” pizzicato kwintetu oraz długie, stabilne dźwięki fletów. Melodie i współbrzmienia ewoluują w sposób porywający. Pojawiają się też co raz to nowe ozdobniki, urzekające swą trafnością. A wspomniany temat – bardzo elfmanowski, tzn. trochę dziecięcy i jednocześnie niepokojący – zapada na długo w pamięci.

Nie będę już nużył czytelników opisami kolejnych utworów. Powiem tylko, że VI. Bells and Whistles to taka sama bomba, jak I. Pianos. Jest skonstruowana na podobnej zasadzie, tyle że oparta na zwiewnych motywach, imitujących tytułowe gwizdki, i posiada równie imponujące bogactwo pomysłów. Na koniec kompozytor raczy nas bardzo przyjemnym utworem z subtelną improwizacją saksofonu.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Serenada Schizophrana jest najznakomitszą kompozycją Danny`ego Elfmana. Porywa doskonałą konstrukcją, ciągłym rozwojem (w tej muzyce cały czas coś się dzieje!), niesamowitym bogactwem i przede wszystkim dużą dawką emocji. Kompozytor może czuć się spełniony. Stworzył dzieło życia. Gorąco polecam!!!

Recenzję napisał(a): Aleksander Dębicz   (Inne recenzje autora)



Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. I Pianos - 7:02
2. II Blue Strings - 10:10
3. III A Brass Thing - 7:57
4. IV The Quadruped Patrol - 2:57
5. V `I Forget` - 6:25
6. VI Bells And Whistles - 8:09
7. End Tag - 0:50
8. Improv For Alto Sax - 2:46

Razem: 46:16



Komentarze czytelników:

Rafalski:

Moja ocena:

Niesamowita płyta, która winna bardziej być rozpatrywana w kategoriach współczesnej muzyki poważnej niz filmowej, co oczywiście nie umniejsza jej doskonałości. Troche za krótka...

MaciekG.:

Moja ocena:

Rewelacyjna płyta. Nic tylko polecić.

karcharoth:

Moja ocena:
bez oceny

Dzieło życia??? Chyba ktoś musi zafundować sobie terapię wstrząsową...

Hulk:

Moja ocena:

Czemu terapie wstrząsową? Ja też uważam, że to jego najlepsza kompozycja. Maksymalna nota!

MaciekG.:

Moja ocena:

Myślę że sam kompozytor nie nazwał by tego albumu dziełem życia.


  Do tej recenzji jest jeszcze 7 komentarzy -> Pokaż wszystkie