Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Wojna smoków (D-War)

15 Październik 2008, 22:38 
Kompozytor: Steve Jablonsky

Dyrygent: Blake Neely
Orkiestracje: Rossano Galante
Muzyka dodatkowa: Jonathan Flood, Pieter A. Schlosser

Rok wydania: 2007
Wydawca: Milan/Sony Records

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Wojna smoków (D-War)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Steve Jablonsky nadal nie ma renomy solidnej firmy w fabryce muzyki filmowej Hollywood. Najczęściej krytykowany jest za wtórność, brak oryginalności i nadmierne zapożyczenia stylu Remote Control, a zwłaszcza swojego byłego mentora – Hansa Zimmera. Opinii tej nie poprawiła widowiskowa Wyspa Michaela Baya, ani żaden z jego zbyt ilustracyjnych horrorów typu Amityville i dwie części Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną. Pewnym „światełkiem w tunelu” był animowany Steamboy, jednak dopiero potężny *score do monumentalnych Transformersów Michaela Baya ponownie zwrócił uwagę na postać kompozytora. Ta partytura zyskała tylu zwolenników, co krytyków. Ja, subiektywnie, zaliczałem się do grona tych pierwszych. Gdy więc dowiedziałem się, że w tym samym roku, co film o Autobotach i Megatronie, Steve Jablonsky skomponuje muzykę do 32-milionowej produkcji fantasy rodem z Korei Południowej, pt. D-War lub Dragon Wars, spodziewałem się czegoś w stylu Transformersów lub Godzilli, choć nie na taką skalę. A co dostałem?

Reżyser filmu Hyung-rae Shim postawił na efekty specjalne, które patrząc na budżet wcale nie prezentowały się tak źle, a wręcz przyzwoicie. Szczególnie widać to w scenach batalistycznych, nawiązujących stylem do Powrotu Króla lub Godzilli. Jednak cała reszta, ze scenariuszem i aktorstwem na czele, to totalna klęska. Wiadomo, że dobry kompozytor byłby w stanie uratować nawet słabszy film – przykładem niech będzie ś.p. Jerry Goldsmith. Niestety, Steve Jablonsky do takiej marki twórców nie należy. Premiera filmu odbyła się w USA w dniu 14 września 2007 roku, zaś już 10 sierpnia Milan Records wydał soundtrack zawierający ponad 46 minut „original score”. Nie ma co ukrywać, że jakość muzyki w filmie nie była najlepsza; momentami pełniła rolę tła, a czasem w ogóle nie było jej słychać. Dopiero album wydobył ją nieco na światło dzienne. Czy było warto?

Od pierwszej do ostatniej minuty kompozytor uraczył słuchaczy muzyką w stylu Remote Control, zarówno jeśli chodzi o tematykę, lirykę, akcję i „suspense”. W tym względzie nie było w niej nic twórczego i odkrywczego. Jedyną nowością, którą Jablonsky zaczerpnął z Dalekiego Wschodu była finałowa melodia, którą ten przerobił na potrzeby filmu i partytury. O etnice trudno tutaj mówić – poprawnie zestrojonymi połączeniami fletów i elektroniki takowego brzmienia się nie osiągnie. Jeśli ktoś uważał, że Transformersi to krok w tył dla twórcy, to Wojna Smoków stanowi co najmniej dwa kroki wstecz. A szkoda, że Steve Jablonsky nie pokusił się o stworzenie bardziej ambitnej i oryginalnej muzyki, zamiast sztywno trzymać się szablonów rodem z byłego *Media Ventures. Dla mnie osobiście największą słabością tej ilustracji były zbyt „płytkie” *orkiestracje, zbyt wtórna muzyka akcji, mało przemyślany „underscore”, brak klimatu fantasy i nie najlepiej rozwiązana kwestia tematów wiodących.

Oczywiście, byłoby nieuczciwym tylko krytykować tę płytę, która ma w sobie parę całkiem udanych momentów. Jednym z nich był tytułowy temat Dobrego Smoka Imoogi, nawiązujący patosem i brzmieniem do tematu Autobotów z filmu Michaela Baya (płynąca, monumentalna i epicka w założeniu melodia rozpisana tradycyjnie na sekcje smyczkowe, męski chór i rytmiczny podkład perkusyjny). Tego typu temat przewodni może się podobać każdemu, kto lubuje stylistykę *MV, a zwłaszcza nie zagłębił się jeszcze w twórczość kompozytorów ze stajni Hansa Zimmera i nie potrafi jeszcze odszukiwać kolejnych zapożyczeń. Mimo to, szkoda, że Jablonsky nie stworzył z niego fundamentu pod swoją ilustrację, gdyż pojawiał się on później już tylko okazjonalnie – Yeouijoo, Second Life lub Destiny.

W podobnym stylu Remote Control, kompozytor napisał temat miłosny (Love Theme) oparty klasycznie już na sekcji smyczkowej i pobrzękującym w tle fortepianie oraz kobiecemu chórowi, który Steve używał praktycznie wszędzie. W tym przypadku należy uczciwie stwierdzić – melodia ta, choć wtórna (kłania się Ostatni Samuraj lub Kod Da Vinci), stanowiła na pewno wyższy poziom niż scena, którą ilustrowała. Na tej pojedynczej prezentacji się jednak skończyło. Całkiem nieźle zaprezentował się także finisz (Arirang), oparty na melodyjnej, rytmicznej ludowej piosence made in Korea Południowa, przearanżowanej do standardu tematu Imoogi przez Steve`a Jablonsky`ego z dodaniem elementów Transformers. Brzmiał naprawdę dobrze. Poprzedziła go liryczna ballada stanowiąca swego rodzaju kompilację tematu głównego i miłosnego – Farewell: mimo tego, słuchało się jej naprawdę znośnie (mieliśmy tu tradycyjny zestaw: sekcje smyczkowe i kobiece chóry). Na tym niestety koniec ciekawym fragmentów tej płyty.

Jeśli ktoś chciałby posłuchać kolejnego kopii Harry`ego Gregson-Williamsa do Królestwa Niebieskiego i typowych dla tego filmu momentów z obecnością kobiecego chóru, a następnie wrócić do „pożyczonego” od Transformersów brzmienia lirycznego opartego na smyczkach i delikatnym chórze, to polecam pierwsze dwie minuty The Legend Awakes. Choć sam track trwał aż 6 minut, tylko te 120 sekund prezentowało się znośnie – reszta to sunący mozolnie „underscore” rozpisany na instrumenty smyczkowe i sekcje fletów plus elektronika na okrasę. Czasem tylko przemknęły basy w stylu Kodu Da Vinci Hansa Zimmera. Ot, przeciętnie wykonana tapeta. Jeszcze słabiej autor poradził sobie z ilustracyjną częścią w Hypnosis and Flashback, który poza sunącą ścianą nut i „udawaniem” przekazu emocjonalnego nie wniósł do całości nic. Kolejną kopię, tym razem Johna Williamsa i jego Poszukiwaczy Zaginionej Arki, można było usłyszeć w Rooftop Showdown i The Altar – tym razem na „tapetę” poszedł przerobiony temat Arki; tutaj ilustrujący Złego Smoka - Buraki.

Na muzykę akcji nastawiałem się szczególnie i niestety mocno się rozczarowałem. Steve Jablonsky nie stworzył niczego godnego większej uwagi – najlepszym tego typu przykładem był Village Attack. Trudno w tym przypadku nie zapytać się: gdzie ja to już słyszałem? Najczęściej pojawią się odpowiedzi: Hans Zimmer i jego The Peacemaker lub Ostatni Samuraj. Podobna stylistyka, brak wyraźnego tematu (przewija się jakiś prosty motyw na blaszaki, który miał podkreślić rozmach sceny, ale na próbie się skończyło) i podręcznikowe już orkiestracje – kompilacja dudniących instrumentów dętych blaszanych, wszędobylskie sekcje smyczkowe i mocarna perkusja. Zaś końcówka utworu to następna kopia sceny dramatycznej, tym razem z Pearl Harbor, gdzie Jablonsky „pożyczył” od Zimmera znane już połączenie żeńskiego wokalu i lirycznych smyczków. Nie ma co ukrywać, kto nie zna twórczości Niemca, może nawet ulec urokowi muzyki jego ucznia. Poczynając od Destiny rozpoczął się na albumie długi pochód dramatycznej i „nie *skalanej” myślą twórczą muzyki akcji przeplatanej z raczej mało interesującym „suspensem”, trwający niemal 20 minut - Cafe Attack, Buraki lub D-War. Z akcji zwróciłbym jeszcze częściowo uwagę na Battle in the Sky, gdzie prócz prostego motywu akcji, Jablonsky dodał energetyczny motyw na trąbki, jednak ta krótka chwila to stanowczo za mało. Gdy na ekranie pojawiała się Mroczna Armia, kompozytor usiłował podkreślić jej obecność osobnym tematem, jednak nie podźwignął on zamiaru autora – General and his Army. Na symbolice się skończyło. Brzmienie niczym nie zaskoczyło: męski chór, pulsujące bębny i „krzyczący” motyw na sekcję dętą blaszaną połączoną z rutynową elektroniką. Nic godnego uwagi, chociaż Jablonsky kilkakrotnie usiłował do tego motywu powrócić.

Trudno na zakończenie powtarzać się w opinii na temat tej ilustracji. Przedstawiłem ją już na wstępie. Krótko: film mało ambitny, muzyka także. Steve Jablonsky poszedł po linii jak najmniejszego oporu, tworząc muzykę opartą na twórczości innych kompozytorów, głównie Hansa Zimmera. Brak inspiracji, myśli przewodniej, a nawet przemyślanej orkiestracji stawiał ten soundtrack na dolnej półce, raczej słabszych średniaków. Subiektywnie oceniając, podobał się Transformers, ale w przypadku D-War wracam góra do czterech tracków na 17, jakie ten album oferował. Typowy auto-pilot rodem z Remote Control.

Recenzję napisał(a): Szymon Jagodziński   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1.Immogi - 2:19
2.The Legend Awakes - 5:57
3.Village Attack - 5:40
4.Love Theme - 1:40
5.Yeouijoo - 2:56
6.General and his Army - 1:00
7.Second Life - 1:18
8.Destiny - 2:55
9.Battle in the Sky - 2:24
10.Hypnosis and Flashback - 2:32
11.Cafe Attack - 1:58
12.Rooftop Showdown - 2:31
13.The Altar - 2:22
14.Buraki - 2:52
15.D-War - 2:01
16.Farewell - 2:40
17.Arirang - 3:16

Razem:46:21



Komentarze czytelników:

Andy:

Moja ocena:

Wow! Aż dwie i pół gwiazdki! Nieźle. Miałeś dobry humor?;)

Koper:

Moja ocena:

Jaki jest szczyt litości dla Stevea Jablonskyego? Dać mu 2,5 za "D-War". ;):)