Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

BARTOSZ CHAJDECKI - WYWIAD RZEKA Z KOMPOZYTOREM (2)

07 Maj 2010, 17:43







CZĘŚĆ 2

 

 

Czy sam zajmowałeś się orkiestracją tej muzyki?

 

Tak. Jestem zdania, że orkiestracja stanowi część osobowości kompozytora w muzyce. Orkiestracja stanowi finalnie znaczą część tego, jak faktycznie brzmi ta muzyka. Melodie są melodiami, a ja zawsze mówię, że melodyjki może sobie każdy po prostu zagwizdać. Jednak tak naprawdę to, jak się opracuje te melodie, świadczy po pierwsze o klasie kompozytora, a po drugie o jego stylu. W muzyce filmowej operuje się dość prostymi skalami. Tych współbrzmień tak naprawdę nie ma zbyt wiele. Jest ich jakaś ograniczona ilość, i tak naprawdę cała ciężkość tego, jak konkretnie dana muzyka brzmi, jest położona właśnie na orkiestrację i na aranże. Polscy kompozytorzy nagminnie używają aranżerów i często sobie poprawiają humor tym, że mówią, iż najwięksi amerykańscy kompozytorzy przecież też tak robią. Zgoda, ale nie w ten sposób, w jaki używa ich wielu polskich kompozytorów. Wielu z nich korzysta z takiej pomocy już od swojej pierwszej produkcji, czyli tak naprawdę ci aranżerzy narzucają swój styl brzmienia muzyce danego kompozytora. I to jest dziwna i niedobra sytuacja. Ci wielcy kompozytorzy zagraniczni najpierw pisali swoje partytury sami i dopiero, gdy osiągnęli jakąś renomę, to wówczas w grę zaczęli wchodzić aranżerzy. Potem taki aranżer, studiując na przykład partyturę Johna Williamsa, który też czasem korzysta z tego typu pomocy, nie pisze swoich aranży. On ucząc się i studiując wcześniejsze partytury kompozytora, uczy się i robi tą pracę tak, jakby to zrobił ten kompozytor. To jest już zupełnie coś innego. W Polsce odejmując paru polskim kompozytorom aranżera, okazało by się, że nie wiele zostanie, bo tak właściwie to nie wiadomo, co ten kompozytor zrobił, skąd pochodzi jego styl oraz kto ustalił tą instrumentację. Wielcy kompozytorzy zagraniczni najpierw sobie swój styl wypracowali, a później, gdy dostawali olbrzymie ilości zamówień, zaczęli zatrudniać ludzi, których zadaniem było studiowanie poprzednich partytur i robienie nowych dokładnie tak samo. I tu jest ta wielka różnica.



 

Twoja muzyka w serialu jest oparta głównie na instrumentach smyczkowych i fortepianie. Często brzmi kameralnie i intymnie. Czy to była tylko Twoja decyzja artystyczna, czy też producenci mieli odnośnie tego jakieś wskazówki?

 

 

 

Michał Kwieciński dał mi kredyt zaufania i pozwolił mi komponować tak, jak chcę, po ówczesnych małych wskazówkach. Z tą kameralnością nie jest tak do końca. Moje ostateczne wersje często wcale kameralnymi nie były. Ta kameralność w serialu, o której mówisz, jest efektem tego, że przykładowo w danej scenie wyciągnięty został z muzyki tylko sam fortepian, bez smyczków. W serialu, w takiej formie i w tym sposobie kręcenia lepiej się mieści muzyka bardziej kameralna. Jeśli chodzi o samo użycie instrumentów dętych, to tutaj akurat miałem dość duże ograniczenie budżetowe. Praktycznie do serialu nagrywało w sumie muzykę siedem instrumentów dętych. Całość nagrałem z „B.A.Ch Film Ensamble" i "B.A.Ch Film Voices". Nie było możliwości rozbudowania tego składu o więcej, więc nie mamy tu do czynienia z nagraniami na dużą orkiestrę symfoniczną, tylko bardziej na orkiestrę kameralną. Z tych siedmiu instrumentów dętych trudno jest stworzyć jakieś duże brzmienie, no bo duże brzmienie dużej orkiestry bierze się z tego, że trzeba mieć, powiedzmy, trzy puzony, cztery waltornie, trzy trąbki i tubę. Bez tego właściwie nie da się osiągnąć rozmachu, tylko trzeba starać się to jakoś podrabiać. Nie ukrywam, że wydaje mi się, iż na warunki w jakich ta muzyka była nagrywana, to ten zespół instrumentalny zagrał całość dość szeroko i dość pełnie. Ja dostaję teraz często informacje od innych reżyserów, prezentując im tę muzykę, że ona jest według nich trochę za duża, trochę za pełna i trochę za symfoniczna. Miałem ostatnio taką rozmowę w sprawie pewnego projektu z jednym reżyserem, który mi powiedział wprost, że on się boi tej muzyki, bo uważa, że w filmie muzyka powinna być zdecydowanie mniejsza i on sobie nie życzy tak dużej muzyki.

 

 

 

 

 

Wśród solistów do „Czasu honoru” pojawia się osoba uznanego polskiego pianisty - Konrada Mastyło, który jest, między innymi, bliskim współpracownikiem Zbigniewa Preisnera. Czy fakt Twojej znajomości z tym kompozytorem miał jakiś wpływ na wybór do Twojego projektu akurat tego solisty?

 

 

 

Nagrania muzyki do serialu robiłem u nas w Krakowie. Pochodzę z Krakowa i mam dobre rozeznanie w tym muzycznym rynku. Konrad, jak przecież wiesz, też mieszka w Krakowie… Wszyscy, jak widać, mieszkamy w Krakowie. [śmiech] Fakt, że Konrad od 20 lat pracuje z Preisnerem, nie miał dla mnie żadnego znaczenia. Ważny dla mnie był fakt, że go bardzo dobrze znam i że wiedziałem, iż będzie on w stanie zrobić dla mnie bardzo dobrze to, czego ja będę potrzebował, bo jest bardzo dobrym pianistą. Jak już wspomniałem, muzykę komponowałem i nagrywałem na wariackich papierach, i Konrad też nie miał lekko w tym temacie. Wszystkie swoje partie nagrał tak naprawdę w cztery godziny, co jest dużym osiągnięciem, bo to nie jest łatwe. Wymaga to naprawdę dużej perfekcji wykonania i dużej sprawności, żeby opanować wszystkie nuty, bo trochę do grania na tym fortepianie jednak było…


 


 

 

 

 

 

Czy Konrad Mastyło miał za zadanie zagrać tylko dokładnie Twoje nuty, czy pozwoliłeś mu też na jakiś fortepianowy „freestyle”?

 

 

 

Było i tak, i tak. Ja zawsze rozpisuję przede wszystkim prawą rękę w fortepianie, bo wiadomo, że to jest ręka tematyczna. Nie zawsze zapisuję rękę lewą, bo jeżeli chodzi mi o rozłożone akordy, to wtedy nie ma sensu tego rozpisywać nuta po nucie. Dlaczego? Zakładam, że jeżeli pianista jest dobry, to będzie wiedział, jak mu jest najwygodniej to zagrać. Jeżeli po prostu potrzebuje jakiegoś ruchu, to wtedy faktycznie czekam na propozycje odnośnie tego i opisuję pianiście o co mi chodzi. Zazwyczaj nie ma z tym problemów, bo –  jak mówię – możliwości dużo nie ma. Chodzi tu o to, co jest najwygodniejsze dla pianisty. Z pianistami jest jak z perkusistami - perkusistom też często zostawiam wolną rękę. Perkusję nagrywał mi Wojtek Fedkowicz i zostawiłem mu pewną dozę swobody, bo uważam, że są takie instrumenty, że aby świetnie pisać na nie muzykę, to trzeba na nich po prostu umieć grać. Opanowanie całego zestawu perkusyjnego i w związku z tym dokładne rozpisywanie muzyki na ten instrument jest moim zdaniem niepotrzebne. Perkusista i tak zawsze będzie wiedział lepiej, jak się mu zada zadanie, jak to zrobić tak, żeby to brzmiało naprawdę świetnie. O ile oczywiście jest dobrym perkusistą.

 

 

 

 

 

W drugim sezonie serialu, z tego co teraz pamiętam, pojawiło się trochę nowej muzyki, w stosunku do sezonu pierwszego. Czy rzeczywiście tak jest? Czy nagrywałeś do niego jakieś nowe partie muzyki?

 

 

 

Tak, to było bardzo proste, nowe zlecenie. Producenci powiedzieli mi, że brakuje im kilku motywów muzycznych i w związku z tym chcieli, żebym dograł i skomponował kilka minut nowej muzyki. Ania Malarowska powiedziała mi, że w pierwszej serii serialu brakowało jej trochę motywu zagrożenia. Były dwie wersje, ale było to trochę za mało, jak na drugą serię, dlatego musiałem zrobić kilka dogrywek. Potrzebne były też nowe tematy miłosne czy takie bardziej spokojne, bo w drugiej serii serialu pojawia się o wiele więcej wątków romantycznych niż w pierwszej. Mamy też całkowicie nowych bohaterów, granych przez Daniela Olbrychskiego i Piotra Adamczyka, i dla nich też trzeba było skomponować coś nowego, czego nie było w pierwszej serii.

 

 

 

 

 

Obecnie trwają prace produkcyjne nad trzecim sezonem serialu, a oglądać go będziemy mogli już we wrześniu. Czy w związku z tym też będziesz komponował nowe partie muzyki, czy producenci wykorzystają w całości to, co już napisałeś wcześniej?

 

 

 

Dochodzą mnie słuchy, że będę miał pisać nowe motywy, ale nie ukrywam, że na razie oficjalnie bym wolał jeszcze o tym nie mówić, ponieważ jeszcze nic nie jest do końca potwierdzone. Jak już będę miał wszystko ustalone, to umówimy się na kolejne spotkania i wtedy wszystko powiem. [śmiech] W połowie lutego wstępnie będę się widział z producentami, by porozmawiać o kilku kwestiach, i sądzę, że poruszymy również właśnie ten aspekt.

 

 


 

 

 

Na forach internetowych i w mediach oraz w recenzjach prasowych nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, by ludzie nie chwalili i nie zwrócili uwagi na Twoją piękną muzykę. Czy spodziewałeś się takiej pozytywnej reakcji?

 

 

 

Jest to pytanie dość problematyczne, bo jak się pisze muzykę, jak się jest w trakcie całego procesu produkcyjnego, to nie myśli się w ogóle o tym, co będzie później. Myśli się wówczas tylko o tym, żeby tak zrobić tą muzykę, by była ona jak najlepsza. Pamiętam taką fajną sytuację, gdy na próbę przed samymi nagraniami przyjechała Ania Malarowska. To było tak w ogóle pierwsze wykonanie tej muzyki na żywo, bo nuty powstawały do ostatniej chwili. Próba trwała cztery godziny, a Ania siedziała i słuchała. Później poszliśmy do restauracji na obiad, a ona otrzymała telefon. Z daleka, nastawiając nieładnie uszy usłyszałem, że rozmawiała z producentami o próbie, zdając im relację. [śmiech] Michała Kwiecińskiego na niej nie było. Usłyszałem tylko jak mówiła, że jest bardzo dobrze, że muzyka jest super. To był taki pierwszy miły moment, gdy sobie pomyślałem, że to faktycznie chyba dobrze wyszło i że mogę być spokojny co do nagrań i do tego, jak to zabrzmi. Zawsze jest taki moment podczas pisania muzyki, że choćby nie wiem jak człowiek był pewny tego co pisze i tego co słyszy w głowie, to zawsze istnieje element niepewności, strachu. Pierwszy kontakt z muzykami i orkiestrą jest zawsze taką próbą, czy się udało, czy też nie, bo nigdy nie można być absolutnie pewnym, czy to faktycznie dobrze wyjdzie. Ten lęk i obawa jest w kompozytorze zawsze.

 

 

 

Późniejszych reakcji w Internecie i prasie się raczej nie spodziewałem. Dostaję bardzo dużo listów i telefonów. Przychodzą nawet prośby o moje zdjęcie z autografem, co jest już jakimś totalnym kosmosem. [śmiech] To jest niesamowite, bo nigdy nie wiedziałem, że zawód kompozytora może się wiązać z takimi historiami, a przecież muzykę piszę nie od dziś. To są rzeczy, szczerze mówiąc, brzmiące dla mnie dość abstrakcyjnie. [śmiech] Nie spodziewałem się takiego odzewu od ludzi. Szczególnie od zwykłych ludzi spoza środowiska, spoza branży, którzy po prostu oglądają ten serial i którym ta muzyka się podoba. Nie ukrywam, że to jest chyba moja największa satysfakcja. Zawsze zależało mi na tym, żeby pisać taką muzykę, która obudzi zainteresowanie ludzi muzyką symfoniczną, bo to jest prawdziwa wartość moim zdaniem. Tworzyć tak, by ta muzyka przyciągnęła i aby pokazać, że jest fajna i że warto jej słuchać. Trzeba pracować tak, by pokazać ludziom, że muzyka ma siłę, energię, że nie jest nudna, nie jest nieciekawa. To mi sprawia satysfakcję, że w przypadku muzyki do „Czasu honoru” to się udało i ludzie na to zareagowali. Fakt faktem, dziwi mnie ta skala, z jakimi zachowaniami czasem się spotykam, ale to jest bardzo miłe.

 

 

 

 

 

Dla Ciebie, jako filmowego debiutanta, to chyba jeszcze dodatkowy, warty odnotowania do całości, sukces?

 

 

 

To fakt. Powiem szczerze, że to się jakoś z moimi marzeniami zeszło. To się, być może, będzie zmieniać, a w dzisiejszych czasach nawet trzeba, by się to zmieniało, ale zawsze miałem takie marzenie, żeby to moja muzyka była znana, a nie koniecznie moja osoba. Zawsze uważałem, że najfajniej będzie, jak moja muzyka będzie ciekawsza i będzie budzić większe zainteresowanie niż ja sam. Nie wierzę w takie kariery, że trzeba robić wokół siebie mnóstwo medialnych i dziwnych rzeczy, po to by zaistnieć. Rodzaj sukcesu, który polega na tym, że się robi dobrze to co się robi i ludzie to właśnie zauważają, a nie osobę, jest dla mnie znacznie bardziej wartościowy. To, że tutaj się to udało, jest rzeczą fajną, bo rzeczywistość dziś wygląda tak, że jednak trzeba robić coś, by to też sama osoba była rozpoznawalna. Trochę szkoda, bo ja bym wolał, żeby nie trzeba było nad tym spędzać czasu. [śmiech] W ostatecznym rozrachunku zawsze najważniejsza będzie i tak muzyka, to się liczy i to powinno tak naprawdę wszystkich interesować.

 

 


 

 

 

Pomimo naszych prywatnych rozmów, to pytanie i tak musi paść tutaj z mojej strony… Powiedz zatem, dlaczego do tej pory ta muzyka nie została wydana i kiedy słuchacze mogą liczyć na jej wydanie?

 

 

 

Rozmowy w tym temacie cały czas trwają, choć ja ponoć je czasami utrudniam. [śmiech] Mam całkowite prawa do tej muzyki, również jeśli chodzi o jej wykonywanie czy wydanie. Chcę doprowadzić do sytuacji takiej, w której ta muzyka pojawi się na płycie jako insert do jednego z ogólnopolskich, największych dzienników. Faktycznie dużo ludzi pyta o tą muzykę i bardzo dużo ludzi chce ją mieć. Miałem już kilka propozycji jej wydania. Powiem może teraz trochę brzydką rzecz, ale ja się boję w pewnym stopniu internetu, bo jest on zabójczy dla wydawania muzyki i tego typu inicjatyw. Tutaj można zaapelować do wszystkich ludzi, którym zależy, żeby muzyka się rozwijała. Także muzyka nie będąca najlepiej sprzedającą się, a po części będąca muzyką dość niszową, bo niewątpliwie muzyka filmowa taką właśnie jest. Muzyka filmowa nie ma statusu muzyki pop, jeśli chodzi o jej sprzedawalność i pewnie nigdy nie będzie miała, ale to bardzo dobrze według mnie. Generalnie boję się sytuacji, w której płytę kupi, na przykład, sto osób, ktoś puści ją w internet i wtedy skończy się praktycznie już jej dalsza sprzedaż. To jest bardzo istotne, żeby tak się nie działo, wbrew pozorom nie z powodu chciwości twórców, ale z powodu dalszego zainteresowania producentów wydawaniem muzyki filmowej, większego inwestowania w nią i w jej produkcję. To tylko o to chodzi. Wszyscy myślą, że to jest walka, by dać ludziom tylko możliwość nabijania kasy. To wcale tak nie jest. Chodzi tutaj o to, żeby później mieć przy następnej swojej produkcji możliwość stworzenia i nagrania muzyki, na przykład, z 2 razy większą orkiestrą symfoniczną. Sprzedaż tej muzyki, realna jej sprzedaż, a nie rozchodzenie się mp3 po internecie, jest ważnym sygnałem dla producentów, że warto coś takiego robić i że warto w tą muzykę jednak inwestować. Na tym polega mój apel do ludzi. Jeśli chcecie mieć możliwość słuchania muzyki, jeśli słuchacze i chętni słuchania tej muzyki filmowej, chcą stworzyć możliwość, by taka muzyka się w Polsce tworzyła i była wydawana, powinniśmy nad tym się zastanowić, bo to jest bardzo ważne.

 

 

 

W przypadku mojej muzyki do „Czasu honoru”, z powodu dużego nią zainteresowania, pomyślałem sobie, że fajnie by było, jeśli każdy tak naprawdę miałby możliwość dostania tej muzyki. Żeby ta muzyka nie była strasznie droga, żeby nie była ciężko dostępna, czy bardzo ekskluzywnie lub limitowanie wydana. Niestety wydawanie takiej muzyki jest strasznie drogie w sensie jednostkowym. Wiadomo, że na czym mniejszy rynek się produkuje daną rzecz, to tym więcej kosztuje jeden egzemplarz takiej produkcji. Do tego dochodzą prawa filmu, producentów, telewizji czy grafików. To jest muzyka, której nie tworzyło pięć osób na krzyż, ale około pięćdziesięciu osób w całym procesie produkcyjnym. Stąd był mój pomysł, by przy pomocy sponsoringu jakiegoś dużego banku czy instytucji, wydać tą muzykę na płycie tak, by była ona dostępna za niewielką opłatą w ogólnopolskiej gazecie. Wtedy mielibyśmy gotowe kilka pieczeni na jednym ogniu. Przede wszystkim wszyscy ci, którzy by chcieli, dostali by to w najlepszej jakości na płycie, za powiedzmy symboliczne 5 zł, bo tyle kosztują mniej więcej takie gazety z insertami. Dostali by to więc po cenie o wiele tańszej, bo nie ma szans, by taką płytę wydać oddzielnie i puścić do sklepów muzycznych w tak niskiej cenie. Trzeba by było za to zapłacić wówczas przynajmniej 5 razy tyle. Drugim aspektem takiego insertu jest fakt, że wyprodukowanie pojedynczej płyty bardzo obniża całkowity koszt produkcji, i nakład jest wówczas o wiele, wiele większy, co dla kompozytora ma też znacznie. Z punktu widzenia produkcji wiadomym jest, że im więcej sztuk, tym rabaty są większe. Ja sobie to obmyśliłem w ten sposób, że każdy mógłby dostać tą płytę, bo kupiłby ją w każdym, czy prawie każdym kiosku za parę złotych.

 

 

 

Nie jestem zwolennikiem mp3, bo uważam, że zwłaszcza przy muzyce symfonicznej, strasznie ten format obcina pasmo. Ja to bardzo dobrze słyszę, i dostaję dreszczy, gdy myślę o tym, że ktoś miałby słuchać mojej muzyki z mp3. Mam z tym trochę problem, bo reżyserzy czy producenci, z którymi pracuję, pracowałem lub rozmawiam czy rozmawiałem o projektach, najczęściej mi mówią: „A to weź prześlij mi to mailem w mp3”. Ja wtedy mówię: „Nie. Nie ma takiej możliwości. Jak chcesz posłuchać mojej muzyki tak jak ona ma brzmieć i jak brzmi naprawdę, to ja ci wyślę płytę z tą muzyką. Ja wolę wydać swoje pieniądze na to, by przygotować sobie master i nagrać to na płytę, ale ty wtedy dostaniesz ode mnie faktycznie tę jakość muzyki, którą powinno się dostać.”Na tym mi też zależy, żeby ta muzyka nie rozchodziła się w mp3 po internecie, i żeby każdy kto chce, a zakładam, że nakład takiego dziennika wyczerpie liczbę zainteresowanych, mógł mieć moją muzykę w swoim domu w najwyższej jakości w jakiej można ją dostać. Każdy, zamiast rozpuszczać czy szukać tego w internecie, pójdzie do kiosku koło domu i kupi tę płytę, wyjdzie to go taniej i szybciej. Taki jest więc mój pomysł. W zeszłym roku nie udało się go, mimo rozmów, sfinalizować, ponieważ w związku z kryzysem, wszelkie sponsoringi były bardzo trudne do załatwienia, ale w tym roku banki i różne inne instytucje będą się budzić na nowo i wrócimy do tych rozmów. Przed nami trzecia seria serialu i jej kampania reklamowa. Nie mogę się specjalnie tutaj wypowiadać za firmę „Akson”, ale to jest jeden z tych seriali, który się rozwija, a nie zwija. To serial, który jest coraz lepszy, który ma coraz większy zakres rażenia i, tak mi się wydaje, coraz większy budżet, pomimo, że ostatnio TVP, jak wiemy, nie miała dobrej passy, jeśli chodzi o finanse. To też może mieć wpływ na wydanie tej muzyki w takiej formie, w jakiej ja to widzę.

 

 

 

 

 

Poruszyłeś tutaj temat plików mp3, które ja również uważam w pewnym stopniu za zagrożenie dla przyszłości wydawniczej muzyki, ale zdaję sobie sprawę, że ich popularność jest coraz większa. Jeden z moich ulubionych i wybitnych artystów – Jean-Michel Jarre – poszedł w tym myśleniu o wydawaniu muzyki jeszcze dalej. Powiedział dawno temu takie stwierdzenie: „Wymyślenie płyty kompaktowej to był krok do tyłu. Sprzedaje się ją w supermarketach, między sprzętem AGD, a majonezem. Wciska się to ludziom, a publiczność przestała szanować muzykę. Płyta kompaktowa niszczy muzykę”. Co myślisz sam o przyszłości wydawniczej muzyki?

 

 

 

Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że Jean-Michel Jarre pisze muzykę elektroniczną i to też zmienia trochę postać rzeczy oraz podejście do muzyki. Siłą rzeczy jest to bardziej przedstawiciel takiego typu artysty, który bardziej w swojej twórczości idzie w sample, komputery i cuda elektroniki niż w żywych muzyków. Stawia go to na innym krańcu w stosunku do mnie. Ja mam do tego inne podejście. Generalnie uważam, że świat się rozdzieli na dwie rzeczy. Z jednej strony mamy Petera Jacksona, który będzie starał się udoskonalić taśmę filmową. Z drugiej jest George Lucas czy James Cameron, którzy będą się starać wprowadzić jak najdoskonalsze techniki cyfrowe 3D do kina, więc zawsze będziemy już skazani na taką swoistą wojnę analogu z cyfrą. Tak samo jest w studiach nagraniowych. Na nagraniach z najwyższymi budżetami nagrywa się muzykę na platynowych taśmach analogowych, które są potwornie drogie, ale dają specyficzny rodzaj ciepłego brzmienia i nie obcinają praktycznie w ogóle pasma, tak jak robi to cyfrowe nagranie na komputerze. Cyfrowe nagranie na komputerze już jest przecież cyfrówką i wielu audiofilów już ma pretensje, że to w ogóle zmienia brzmienie tej muzyki. Ja obawiam się tego, że tak naprawdę wygra w przyszłości to, co będzie tańsze, a niekoniecznie najlepsze, i na tym prawdopodobnie skończy się ta – powiedzmy – wojna formatów. Muzyka filmowa jest tutaj akurat w dobrym towarzystwie, bo myślę, że słucha jej specyficzna grupa odbiorców. Jakbym wydawał, na przykład, muzykę rap, to zdawałbym sobie od razu sprawę, że jest to skazane na mp3 i na dystrybucję internetową. Jednak ludzie, którzy słuchają muzyki symfonicznej czy muzyki filmowej, są ludźmi mającymi potrzebę jakości. Mają to gdzieś zakodowane i są w stanie wydać większe pieniądze dla tej jakości i dla własnej satysfakcji, a przede wszystkim dla tego, by dostać to coś w najlepszej wersji, na jaką sobie można pozwolić i jaka jest w zasięgu. Tutaj, wydaje mi się, może dojść do sytuacji, że muzyki tego typu się będzie rozchodziło oficjalnie więcej niż każdej innej muzyki, bo słuchacze innej muzyki stanowią też inną kategorię. W tym tkwi więc moja iskierka nadziei na przyszłość.


 


 

 

 

Czy zgadzasz się zatem ze stwierdzeniem, które często się dziś pojawia, że płyta kompaktowa zostanie w końcu wyparta z rynku przez format mp3, czy przez takie sklepy jak „iTunes”?

 

 

 

Prędzej czy później takie coś się na pewno, w jakiś sposób, wydarzy. Jest to ciekawy temat. Wiele rozmawiałem przez te wszystkie lata moich pobytów w Stanach z moimi znajomymi, czy ludźmi, którzy zajmują się tam tym tematem i tym rynkiem. Dlaczego została przegrana walka o prawa autorskie w internecie i o ochronę tych praw autorskich? W pewnym momencie wielkie koncerny i wielkie firmy zarabiały więcej na sprzedaży hardware’u związanego z pirackimi wersjami, niż na samej sprzedaży praw autorskich. Teraz się jednak okazało, że te wielkie koncerny trochę same sobie strzeliły w kolano, bo 90% rynku światowego opanował „iPod” i te koncerny, które zdradziły prawa autorskie na rzecz sprzedaży sprzętu, zaczęły bardzo tracić. Na świecie sprzedaje się przecież głównie właśnie tylko „iPod”, a te inne koncerny z tego nic nie mają. Druga wersja może, według mnie, wyglądać tak, że te wszystkie firmy, które nie sprzedają sprzętu, a które mają jeszcze w swoich rękach sporą część praw autorskich, jeśli chodzi o wszelkie produkcje muzyczne czy filmowe, w końcu się obudzą i coś zostanie z tym zrobione. Jeśli się tak stanie i faktycznie ludziom utrudnione zostanie piractwo, to odbiorcy zmuszeni do płacenia wówczas za coś, będą oczekiwać jakości. Jak już za coś będą musieli zapłacić, to będą się zastanawiać, czy koniecznie muszą kupować za 10$ ściągnięty album w mp3, z poobcinanym z każdej strony pasmem, czy dołożyć do tego 5$ i kupić płytę audio. Tak mi się przynajmniej na logikę wydaje. „iTunes” jest dość specyficznym miejscem, bo wygodniej jest przecież kupić sobie fizycznie płytę, którą na własny użytek można wrzucić do komputera, na „iPoda”, czy na sto innych swoich odtwarzaczy. Kupienie natomiast czegoś na „iTunes” i wrzucenie tego na „iPoda”, a potem próba odtworzenia tego na jakimś innym sprzęcie jest jakiś koszmarem. Oczywiście mówię o legalnych praktykach. Sam jestem użytkownikiem „iPoda” i mnie to denerwuje. Kupując jednak oryginalną płytę kompaktową, mogę sobie z nią na własny użytek zrobić wszystko, co uważam, że mam prawo zrobić. Kupując na „iTunes”, tak realnie nie jestem z tym w stanie zrobić nic, bo to jest poblokowane i frustrujące. Ostatnio, o mały włos, mój „iPod” nie wylądował w koszu z tego powodu. [śmiech] Oczywiście są urządzenia, które mogę w tym celu podłączyć do niego, ale ja niekoniecznie muszę mięć ochotę na taki zakup czy na wydanie pieniędzy na takie sprzęty. Dlatego dla mnie jest po prostu łatwiej wejść do sklepu i kupić płytę kompaktową, zrobić sobie z nią wszystko co chce, niż korzystanie z „iTunes”. Jeżeli więc chodzi o mnie, to płyta kompaktowa może spać spokojnie.

 

 

 

 

 

Masz za sobą bardzo udany debiut w tym dużym polskim przemyśle filmowo-telewizyjnym. Jesteś doświadczonym muzykiem i kompozytorem, więc czy masz może jakieś uniwersalne rady dla młodych kompozytorów, które mogłyby im pomóc w tej dżungli przemysłu filmowego?

 

 

 

Powiem szczerze, że ja kompletnie nie poczuwam się to tego, żeby udzielać komukolwiek rad. Nie czuję się do tego władny, bo mimo tego, że coś tam już osiągnąłem, to mam poczucie, że jestem na początku swojej drogi. To jest sam początek i mam jeszcze samemu tak dużo rzeczy do nauczenia, że czułbym się głupio, gdybym miał postawić się teraz w pozycji takiej, by coś komuś radzić, czy wypowiadać się z punktu widzenia jakiegoś wyższego szczebla, niż ten zupełnie początkujący. Jedną z rad, która nie wynika z tego co osiągnąłem, tylko którą bym powiedział też 10 czy 15 lat temu, jest taka, że po prostu trzeba pisać muzykę i starać się, by ta muzyka była wykonywana. To jest najważniejsze. Korelacja między ręką, uchem, głową i wyobraźnią powstaje dopiero w tym momencie, gdy się weryfikuje coś, co powstało na papierze. To jest początek tego, by pracować w tym biznesie. Drugą radą, ale też taką, którą bym dał od samego początku każdemu i która jest związana z tym, w jaki sposób ja patrzę na pracę takich kompozytorów jak Zbigniew Preisner, lub innych doświadczonych twórców, z którymi miałem kontakt, jest taka, żeby wystrzegać się komputerów przy pisaniu muzyki. Komputery nie są dobre dla rozwijania wyobraźni…

 

 


 

 

 

Czyli komponujesz używając tylko ołówka i kartki papieru?

 

 

 

Tak, lubię tak pisać. Nie zawsze jest jednak budżet na to, by mógł się znaleźć kopista, który to rozpisze. Dziś jest standardem to, że dla muzyka musi być to przygotowane jako wydruk komputerowy i nie ma innej możliwości. Samo pisanie na komputerze nie jest złe. Złe jest to, że używa się programów, które jednocześnie potrafią to grać i odtwarzać w jakichkolwiek wersjach. Ja tego nigdy nie robię i absolutnie tego unikam. To jest moja rada dla wszystkich, którzy chcą rozwijać swoją wyobraźnię muzyczną. Bardziej powinniśmy szukać sobie w głowie, jeśli chodzi o barwę i o brzmienie, niż bawić się w szukanie komputerami. Nawet kosztem tego, że coś się będzie dłużej na początku tworzyło, niż iść na łatwiznę pod tytułem, że napiszę sobie trzy nuty, a potem nacisnę przycisk „play” i je sobie usłyszę. Mi to zupełnie burzy odbiór takiego utworu, choć może komuś innemu nie. Ja, dopóki nie zamknę danego utworu, to w żaden sposób nie jestem w stanie go przesłuchać czy odtworzyć, bo to psuje moje wyobrażenie. Należy unikać sampli, syntezatorów i komputerów pod tym względem.

 

 

 

 

 

Czy mógłbyś, na zakończenie, powiedzieć coś o swoich planach zawodowych? Czy pojawią się jakieś ciekawe projekty?

 

 

 

Powiem szczerze, że jeśli chodzi o seriale, to po „Czasie honoru”  jest z nimi problem. Trudno jest wyszukać coś, co by miało wyższe wartości produkcyjne w naszym kraju. Mam takie przekonanie, że zawsze powinno się iść do przodu, a niekoniecznie się cofać, czy iść na kompromis, jeśli chodzi o jakość tego co się robi. Tak więc pracę z serialami niekoniecznie, aczkolwiek nie wykluczam. Nigdy nic nie wiadomo. Prowadzę kilka rozmów odnośnie filmów, jednak jest teraz za wcześnie, by cokolwiek o tym mówić. Skupiam się też na rozmowach dotyczących wykonywania mojej muzyki na żywo. Dostałem kilka takich propozycji. Chciałbym zorganizować jak najwięcej wykonań koncertowych muzyki z „Czasu honoru”  i z innych moich projektów, które chciałbym pokazać. To jest bardzo dobra forma przekazu i promocji mojej twórczości. Mam też zamówienia w teatrach. Moją najbliższą produkcją tego typu będzie praca w Toruniu z Piotrem Kruszczyńskim. Za tydzień wyjeżdżam na parę dni do Niemiec na rozmowy w sprawie muzyki do filmu, ale też za wcześnie, by o tym mówić. Pewnie za niedługo będzie trzeba pojechać znów do Stanów. Mam też zamówioną przez księdza Ossowskiego w Gdańsku mszę. To będzie spora produkcja, która pojawi się w sierpniu i to realnie da mi możliwość napisania muzyki na duży skład, razem z chórem. Jak duże to będzie, jeszcze nie wiem, ponieważ nie mam informacji na ile sprawy budżetowe będą pozwalały zrobić to w wielkiej skali, ale już sama możliwość użycia orkiestry, powiedzmy 55-osobowej, i chóru bardzo mnie cieszy, bo to nie jest coś, co się na co dzień zdarza młodym kompozytorom w naszym kraju. We wrześniu w TVP będzie premiera trzeciego sezonu„Czasu honoru”, do którego też pewnie będzie trzeba coś skomponować. Nie ukrywam, że jak to wszystko się uda, jak odbędą się koncerty mojej muzyki z „Czasu Honoru”, na które będę musiał przygotować nowe, koncertowe wersje, to będę miał pełne ręce roboty. Ten rok będzie więc bardzo pracowity!

 

 


 

 

 

W takim razie życzę Ci jak najwięcej projektów i żeby były one jak najlepsze. Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

Ja również dziękuję i pozdrawiam wszystkich miłośników muzyki filmowej.

 

 

 

 

 

 

 

Autor wywiadu: Adam Krysiński

 


Wywiad autoryzowany.

 

 

 

 


 

Składam serdeczne podziękowania dla Bartka Chajdeckiego – za poświęcone mi tak wiele czasu, gościnność, życzliwość, muzykę i cenne dla mnie uwagi.

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia kompozytora pochodzą z jego własnego archiwum.

 

 

 

Wszystkie zdjęcia z serialu „Czas honoru” zostały wykorzystane tutaj jedynie w celach informacyjnych, a wszystkie prawa do tych zdjęć posiada TVP oraz producenci serialu.






bladerunner20:

Dobry Wywiad, strasznie długi :)

Piotr Hummel:

Fajny, rzeczowy wywiad. W wielu kwestiach się zgadzam z rozmówcą, w szczególności, gdy poruszył temat reżyserów i ich podejścia do muzyki. Cieszę się, że prawda wychodzi na wierzch.

Wojtek:

Wywiad jest niesamowity, czyta sie jak wciagajaca ksiazke! Kopalnia wiedzy, czy to o branzy czy o ksztalceniu... Sporo ciekawych smaczkow i czasem nawet troche humoru... Widac ze kompozytor zna swoja wartosc ale jednoczesnie tez miejsce w szeregu. Sporo prawdy w tekstach o sytuacji u nas w kraju.. O swietnej muzie z tego serialu nie wspominam juz nawet, bo zaskoczyla chyba wszystkich! wielkie gratulacje i dzieki! kiedy kolejne wywiady? :)

Adam Krysiński:

Cierpliwości :) Dzięki.

Agnieszka:

Dziękuję za kolejny wywiad. Nie mogę się doczekać chwili aż płyta z muzyka z Czasu Honoru pojawi się w sklepach!

Słuchacz:

Okazuje się, że młodzi ludzie potrafią nie tylko pisać dobrą muzykę ale i mówić do rzeczy. Przeczytałem jednym tchem. Czekam na płytę. Powodzenia panie Bartoszu. Tak trzymać.

fakt:

to genialny gosc ,po tym wywiadzie widac to co po jego muzyce jest obezwladniajaca i i wielka!

Gosia C:

Cudowna muzyka, genialny kompozytor, niepowtarzalna atmosfera. Więcej takiej muzyki w polskich filmach!!!!! A "Czas Honoru" ktos wie kiedy wyjdzie na plycie??????

witek:

swietna muzyka !!!

KlezmerMan:

Genialny wywiad, genialna muzyka i genialny kompozytor... Uważam, że muzyka do "Czasu honoru" to wielkie wydarzenie na scenie muzyki filmowej w Polsce i Europie, a Chajdecki pokazał w tej produkcji (co potwierdziło się w powyższym wywiadzie), że nie jest diamentem polskiej muzyki, ale stanowi w niej oszlifowany, wyróżniający się brylant. Człowiek o głębokim, pięknym umyśle i nieskończonych pokładach artystycznej wrażliwości to dla mnie obok Yanna Tiersena najbardziej interesująca postać współczesnej muzyki europejskiej, a my - polacy musimy pamiętać, by takiego narodowgo skarbu nie zmarnować, a może kiedyś przyjdzie nam cieszyć się Oscarem za muzykę Chajdeckiego - czego i sobie i wszystkim fanom oraz samemu kompozytorowi z całego serca życzę.

Basia:

Na codzień oglądając seriale czy filmy w telewizji nie myśli się o muzyce, którą słychać w tle, nie często przykuwa uwagę czy zachwyca. Przy "Czasie Honoru" to była pierwsza rzecz, na którą zwróciłam uwagę, już na etapie zajawek pierwszej części. Fajna, duża muzyka, nie jakieś elektroniczne pitu pitu tylko normalnie Hans Zimmer w polskiej telewizji:) Z przyjemnością przeczytałam wywiad z panem Chajdeckim i dowiedziałam się kto stoi za tym osiągnięciem.


Soundtracks.pl

© 2002-2019 Soundtracks.pl - muzyka filmowa.
Wydawca: Bezczelnie Perfekcyjni