Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Szpieg, który mnie kochał (The Spy Who Loved Me)

22 Lipiec 2003, 19:51 
Kompozytor: Marvin Hamlisch

Rok wydania: 1977/2003
Wydawca: EMI/Capitol

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Szpieg, który mnie kochał (The Spy Who Loved Me)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Ta muzyka była nominowana do Oscara
Po tym jak dwóm pierwszym Bondom z Rogerem Moorem nie powiodło się w box office, serii produkowanej przez Harry’ego Saltzmana i Alberta Broccoli’ego groził upadek. W związku z tym w powstanie kolejnej, dziesiątej odsłony cyklu włożono olbrzymie fundusze tworząc spektakularny obraz oparty na sprawdzonych już rozwiązaniach scenariuszowych (to niemalże *remake Żyje się tylko dwa razy), bardzo daleko odbiegający od literackiego pierwowzoru, bo też zażyczył sobie tego wiele lat wcześniej sam Ian Fleming. Niezwykle efektowny i atrakcyjny wizualnie Szpieg, który mnie kochał zdobył wielkie uznanie publiczności i okazał się być jednym z najlepszych o ile nie najlepszym obrazem o przygodach agenta 007. Na uwagę zasługuje fakt, iż pierwszy raz w historii film z tej popularnej serii został nominowany do Oscara za ilustrację muzyczną jak również za piosenkę. Zaszczytu tego nie dostąpił jednakże etatowy bondowski kompozytor John Barry, lecz Marvin Hamlisch, który zastąpił Anglika (był wówczas na emigracji podatkowej w USA i nie mógł wrócić do ojczyzny) na planie dziesiątego Bonda. Trzeba w tym miejscu wspomnieć, iż pierwotnym wyborem producentów był Jerry Goldsmith, ale odrzucił on propozycję, wg jednej wersji wykręcając się brakiem czasu wg drugiej zaś twierdząc, że bondowski styl muzyczny został już wyznaczony i czułby się przez ten fakt ograniczony.

Marvin Hamlisch pomimo młodego wieku był już wówczas postacią bardzo utytułowaną i cenioną w środowisku. O jego angażu z pewnością zadecydowała wszechstronność, potrafił pisać zarówno znakomite piosenki jak i tworzyć ilustracje dramatyczne wysokiej jakości – jego pierwszy *score napisany w 1968r do Pływaka z Burtem Lancasterem był jednym z najlepszych debiutów dekady. Właściwy człowiek na właściwym miejscu, chciałoby się rzec, albowiem Hamlisch ze swoim melodyjnym, zdyscyplinowanym formalnie stylem komponowania zdawał się być idealnym kontynuatorem pracy Johna Barry’ego. I też efekt jego twórczych wysiłków słuszność wyboru producentów potwierdza. Amerykanin nie dokonał atoli na potrzeby Szpiega… adaptacji konwencji Barry’ego w takim kształcie, w jakim funkcjonowała ona w Bondach z przełomu lat 70-tych. Do łask wróciła już przecież wielka symfonika, ponadto w kinie popularnym śmiało poczynała sobie muzyka disco – zastosowanie bondowskiej muzycznej formuły w klasycznym kształcie dałoby z pewnością nieco archaiczny efekt. Poszedł więc Hamlisch identyczną drogą jak wcześniej George Martin czy później Bill Conti łącząc w bondowskiej ilustracji orkiestrę z popularnymi w danym czasie gatunkami muzycznymi.

W kontekście filmowym kompozycja Marvina Hamlischa prezentuje się świetnie, powiedziałbym nawet, że jest bliska ilustratorskiej perfekcji. Wyróżnić należy zwłaszcza muzykę akcji będącą tak jak w przypadku prac Johna Barry’ego tworem zarówno efektownym jak i uporządkowanym. Zyskała ona jeszcze energiczności poprzez wprowadzenie dyskotekowej rytmiki do klasycznego James Bond Theme - pamiętny komentarz towarzyszy zwłaszcza efektownemu pościgowi narciarskiemu z początku filmu. Muzyka Hamlischa świetnie wypada również w scenach plenerowych, zwłaszcza „okołomorskich”, gdzie kompozytor wprowadza prześliczny syntetyczno-orkiestrowy motyw napisany dla bajecznej Atlantydy - podwodnej bazy filmowego szaleńca Carla Stromberga. Jest wreszcie kapitalna, choć skromnie stosowana muzyka romantyczna – tu warto wspomnieć o wyśmienitej piosence tytułowej śpiewanej przez Carly Simon, którą kompozytor adaptuje w ilustracji dramatycznej jako temat miłosny, z fantastycznym efektem zwłaszcza w scenkach egipskich. Ów song zaś to niezwykle stylowa, dopieszczona do ostatniego szczegółu ballada, która tym różniła się od poprzednich piosenek serii, iż poświęcona została postaci Jamesa Bonda. Jej olbrzymi sukces poskutkował kilkuletnim panowaniem w bondowskiej serii trendu na powabne, eleganckie ballady.

Byłoby pewnym zakłamaniem stwierdzenie, iż mamy w pracy Hamlischa do czynienia jedynie ze zręcznym odświeżeniem bondowskiej konwencji, albowiem amerykański kompozytor wprowadził także do swojej ilustracji kilka rozwiązań rodem z hollywoodzkiej muzyki filmowej, szczególnym zmysłem wykazując się przy nocnych sekwencjach osadzonych wśród egipskich piramid, gdzie słyszymy pomysłowo wykorzystaną chóralno-symfoniczną epikę rodem z klasycznych prac Alfreda Newmana. Gdzie indziej Hamlisch idzie jeszcze dalej dokonując pastiszu słynnego tematu ze Szczęk, innym razem zaś dosłownie cytuje legendarny temat Maurice Jarre’a z Lawrence’a z Arabii, choć wydaje mi się, iż mógł to nie być pomysł kompozytora, lecz samych producentów, którzy później do wklejenia cytatów filmowej klasyki zmusili w Moonrakerze Johna Barry’ego.

I gdyby ilustracja muzyczna Marvina Hamlischa została zaprezentowana na albumie w takim kształcie, w jakim pojawia się w filmie Lewisa Gilberta śmiało zachęciłbym czytelników do poszukiwań ścieżki dźwiękowej… ale nie jest. Oto bowiem nagranie, które zdecydowano się zaprezentować na płycie jest re-recordingiem, stworzonym za pewne z powodów finansowych. Przypomnę, iż przez wiele lat, aby nie płacić amerykańskim muzykom wysokich honorariów za wykorzystanie wykonanej przez nich muzyki na płytach, decydowano się na ponowne nagrania w Europie. Materiał, który Hamlisch zdecydował się umieścić na płycie składa się niestety na jeden z najgorszych bondowskich albumów, równy Doktorowi No i Goldeneye. Dlaczego tak się dzieje? Otóż m.in. ze względu na fatalny dobór kompozycji, które tworzą razem dziwaczny amalgamat, stworzony najwyraźniej, aby zadowolić jak największe grono muzykomaniaków. Ponadto materiał wyjściowy został zniszczony przez aranżacyjną tandetę i niezbyt przemyślane rozbudowywanie istniejącej bazy melodycznej. Jakby tego było mało, przyprawiająca w filmie o spory dreszczyk emocji symfonika (choćby utwór The Tanker) tu została zubożona i wykonana niemalże na sucho wywołując co najwyżej odruch ziewania. Do tego dorzucono nam porcję niezainspirowanej egipskiej muzyki źródłowej i całkiem słusznie niewykorzystany w filmie utwór Anya. I tylko piosenka Carly Simon trzyma na albumie poziom wraz z jej instrumentalną wersją oraz utworem Ride to Atlantis. Warto więc zapoznać się z tym *scorem jedynie poprzez kontakt z filmem i czekać aż praca Marvina Hamlischa ukaże się w swej oryginalnej wersji.

Recenzję napisał(a): Damian Sołtysik   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Carly Simon-Nobody Does It Better - 3:22
2. Bond 77 - 4:22
3. Ride To Atlantis - 3:30
4. Mojave Club - 2:14
5. Nobody Does It Better (instrumental) - 4:47
6. Anya - 3:22
7. The Tanker - 4:25
8. The Pyramids - 1:36
9. Eastern Lights - 3:26
10. Conclusion 1:33
11. Nobody Does It Better/End Titles - 3:25

Razem: 36:24



Komentarze czytelników:

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Komentarz i sytuacja identyczna jak pod recenzją "Moonraker". Ta niby "nowa" płyta Hamlisch`a ma jeszcze więcej brakujacej muzyki (świetnej zresztą) niż wspomniany "Moonraker". O wielkim geniuszu płyty "The Spy Who Loved Me" (a raczej o geniuszu muzyki W filmie) świadczy fakt że była to pierwsza ścieżka dźwiekowa z filmu o Bondzie która została nominowana do oskara (przegrała z "Gwiezdnymi Wojnami - Nową Nadzieją"). Szkoda że Marvin Hamlisch nie skomponował muzyki do większej ilości bondów oraz jeszcze większa szkoda że ten album nie został rozszerzony o brakującą muzykę. Sam remastering dźwięku jest rzeczywiście doskonały, ale co z tego skoro to wszystko już słuchałem na pierwszym wydaniu tego albumu na płycie kompaktowej już 5 lat temu (wydanie było w 1988 roku ale w naszym kochanym kraju pojawiło się dopiero 10 lat później). Jeśli "The Spy Who Loved Me" oraz "Moonraker" zostaną uzupełnione kiedyś o brakującą muzykę to oba te scory zawędrują do mojej "Wielkiej Piętki" bondowej muzyki - po "The Living Daylights" , "For You Eyes Only" , ... (tu by był "Moonraker" i "Szpieg...") ... , oraz egzekwo na piątym miejscu "Thunderball" i "Octopussy" . Tak nie bło by w pierwszej piątce "OHMSS" i "YOLT". Zaskoczenie? Dla mnie nie bo nie wielbię tych dwóch płyt tak jak lufdzie szczególnie na zachodzie którzy uważąją je za największe dwa bondowe scory. Ale to zupełnie inna historia. Wydawcy świata! Błagam! Wydajcie "Moonraker" i "The Spy Who Loved Me" w rozszerzonych wersjach! :)

Rafalski:

Moja ocena:

Lubię tą płytę, ale głównie ze względu na to, że pochodzi z mojojego ulubionego filmu Bondowskiego. Jednak patrząc na tą sprawę obiektywnie, trzeba powiedzieć że muzyka Hamlischa strasznie się postarzała, a niektóre aranżacje mogą się wydawać śmieszne. Ja osobiście cieszę się że Hamlisch nie skomponował więcej "Bondów", bo nie wiem czy bym znósł kilka następnych,intensywnych "Disco - Scoreów" (mimo że lubię Disco lat 70`). Szkoda że Lukas Kendall nie zdobył sie na odnalezienie dodatkowego materiału (oficjalnie tłumaczy się brakiem funduszy), może wtedy efekt końcowy byłby bardziej satysfakcjonujący. A tak, zdecydowanie bardziej polecam "For Your Eyes Only" Contiego, mimo że też w konwencji Disco, ale o wiele bardziej ciekawe i błyskotliwe.

MMF:

Moja ocena:

Taki potencjał w płycie, a większość zmarnowana. 3 pierwsze scieżki to absolutna rewelacja, urzekają a zarazem wgniatają. Lecz, co potem się dzieje?Klęska! Wszystkie nastepujące po sobie kompozycje to jakies sprane, miałkie oraz bezbarwne zlepki sennych tematów. Chryste! Za jakie grzechy coś takiego?!Gdyby całośc trzymała poziom 4-5 utworów, to otrzymalibyśmy prawdziwie genialny soundtrack!A tak dostajemy do ręki jakiś wybrakowany materiał...i to po przemiale!Szkoda, naprawdę szkoda.

Janusz Pietrzykowski:

Moja ocena:

Powiedzmy sobie szczerze: pomysł z nagraniem albumu, który odbiega aranżacjami od filmowych - jeśli te się sprawdziły - jest niewypałem. Czasami tak robią kompozytorzy, chyba po to żeby "podrasować" ścieżkę wydaną na potrzeby komercji. Niestety Hamlisch spaprał swoje kompozycje z filmu. Na uwagę zasługują tylko tytułowa piosenka, będąca już dziś standardem muzyki popularnej, wspaniały "Bond `77", melodyjne "Ride To Atlantis", pompatyczny i groźny "The Tanker" i instrumentalna wersja "Nobody Does It Better". Reszta niestety do niczego a szczyt beznadziei to "Mojave Club" - ten source music jest bardzo drażniący. Ogólnie - około 2.5 - 3 gwiazdek.

Mefisto:

Moja ocena:

Sympatyczna muzyka - szkoda, że zniszczona przez ponowne nagranie w zupełnie innej konwencji.


  Do tej recenzji jest jeszcze 1 komentarz -> Pokaż wszystkie