Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Until September / Star Crash

25 Styczeń 2005, 09:56 
Kompozytor: John Barry

Rok wydania: 1984/1978/1991
Wydawca: Silva Screen Records

Muzyka na płycie:
Until September / Star Crash

Odtwarzaj / Zatrzymaj

W połowie lat 80-tych John Barry nawiązał współpracę z solidnym brytyjskim reżyserem Richardem Marquandem, spod którego ręki wyszły wcześniej takie filmy jak Igła czy Powrót Jedi. Wszystko zaczęło się od seansu Żaru ciała – po obejrzeniu tego klasyka kina noir ze zniewalającą ilustracją Johna Barry’ego, reżyser zapragnął usłyszeć muzykę Anglika w swych projektach. Ostatecznie nazwisko angielskiego maestro pojawiło się w czołówkach trzech filmów Marquanda: melodramatu Do września, thrillera sądowego Nóż oraz filmu obyczajowego Hearts of Fire. I zapewne ta współpraca trwała by dłużej gdyby nie przedwczesna śmierć reżysera, który zmarł na atak serca po zakończeniu zdjęć do ostatniej z wymienionych produkcji.

Pierwszy wspólny projekt Barry’ego i Marquanda to melodramat z uroczą Karen Allen (Poszukiwacze zaginionej arki, Człowiek z gwiazd) w roli młodej amerykańskiej turystki, która spóźnia się w Paryżu na samolot do Warszawy i tamże poznaje żonatego bankiera Xaviera (Thierry Lhermitte) – ze znajomości wyniknie kłopotliwy romans.

Until September to przykład dobrze, acz nie z wyjątkowym pietyzmem wykonanej pracy kompozytora. Muzyka, która w kontekście filmu funkcjonuje bardzo przyzwoicie - stanowi tam inteligentny komentarz do zdarzeń, podkreśla emocje, ujawnia to, czego nie widzimy i pojawia się tam gdzie trzeba. Pomysł kompozytora na ilustrację muzyczną tego filmu był prosty: zebrać pasujące do niego koncepcje z wcześniejszych score’ów, stosownie zaadaptować, a to co powstanie podlać miejscami rockowym sosem. Anglik dokonał w Until September zespolenia elementów jazzowych, rockowych, symfonicznych a także Americany reprezentowanej przez harmonijkę ustną. Ten instrument, uwielbiany przez Johna Barry’ego i z wielkim powodzeniem używany przezeń od połowy lat 60-tych, nie został w Until September wykorzystany przypadkowo. Podkreśla on amerykańskość głównej bohaterki jak i służy domknięciu scen, dopowiedzeniu emocji, które młoda turystka wyraża w filmie grając na tym właśnie instrumencie. Ciężar prowadzenia narracji w scorze spoczywa przede wszystkim na instrumentarium jazzowym i symfonicznym. Zwraca tu na siebie uwagę saksofon tenorowy, który został przez Anglika użyty, podobnie jak w Żarze ciała, dla wyrażenia seksualnego pożądania, acz z bardziej subtelnym efektem, bez rozbuchanego erotyzmu i negatywnych wibracji. Tak więc nie ma w tej ilustracji muzycznej jakichkolwiek francuskich *akcentów – przedmiotem zainteresowania „późnego” Johna Barry’ego nie było bowiem tło opowieści, lecz głównie refleksje, przeżycia uczuciowe i interakcje. Ten *score to jednak pewnego rodzaju wyjątek w melodramatycznej twórczości Johna Barry’ego z ostatniego dwudziestolecia XX wieku. Znajdziemy tu multum muzyki bezpretensjonalnej, pulsującej optymizmem i radością życia. Poważny poeta tym razem rzadko dochodzi do głosu.

Będący sercem score’u temat miłosny nie dorównuje takim klasykom z teki Maestro jak Somewhere In Time czy We Have All The Time In The World, aczkolwiek jest to kunsztowna i napisana z polotem melodia – coś, co dzisiejsi kompozytorzy z fabryki snów tworzą niezmiernie rzadko. Ten temat o wielodzielnej strukturze Barry zdecydował się poszatkować na mniejsze lub większe fragmenty i zilustrować nimi poszczególne sceny - z różnym jakościowo i stylistycznie efektem. Na albumie znajdziemy zarówno jazzowe wariacje odznaczające się zmysłowością, symfoniczne - pełne ciepła i kobiecości, a także najbardziej eleganckie – fortepianowe. Żadna z nich jednak nie należy do najmocniejszych punktów score’u. Dopiero gdy Barry zbiera w utworze He Catches Her we frapujący sposób wszystkie elementy układanki w całość, serce zaczyna naprawdę mocno bić. Jest to bowiem wspaniała muzyczna karuzela, która oderwie od ziemi nawet największego ponuraka, na twarzy wywoła uśmiech a w głowie obrazy bezkresnego szczęścia i romantycznych uniesień. Przepyszny muzyczny torcik, na szczycie, którego czeka smakowita wisienka, w postaci porywającej gitarowej solówki. Ten utwór nie jest wyjątkiem, jeśli chodzi o jakość kompozycji i atrakcyjność doznań. Na przestrzeni albumu rozrzuconych zostało kilka stylowych, świetnych epizodów, spośród których na wzmiankę zasługuje zwłaszcza fantastycznie relaksujący, jazzowy Seine. Mniej więcej tyle samo, co smakowitych, wartościowych artystycznie kompozycji jest na albumie tworów minimalistycznych, o prostej budowie, które, słuchane w głębokim skupieniu, rychło znudzą. Sprawdzą się za to, jako muzyka tła, towarzysz codziennych zajęć, który, gdy trzeba rozluźni, bądź wyzwoli energię.

Until September ukazało się do tej pory na CD dwukrotnie. Łatwiej dostępne jest wydanie Intrady z 2009r, które zawiera co prawda kompletny score, ale dodane utwory nie wnoszą nic nowego do materiału ze starszej edycji - to po prostu „więcej dobrego”. Niemniej jednak to właśnie wydanie polecam zakupić, ponieważ wcześniejszy krążek, wydany w 1991r nakładem wytwórni Silva Screen zawiera także starszą o sześć lat pracę Johna Barry’ego pod tytułem Star Crash - jest to jeden z najgorszych score’ów Anglika i stanowi on balast dla tej atrakcyjnej, melodramatycznej kompozycji. W czasie gdy powstawał Star Crash, Barry przeżywał najpoważniejszy kryzys w swojej karierze. Nie tylko nie potrafił powrócić do dawnej świetności, ale wyraźnie zagubił się w swojej nowej ojczyźnie, w USA. Brał na warsztat co popadnie byleby tylko utrzymać się na powierzchni. W jego filmografii przeważały podówczas marne i mało inspirujące dla kompozytora obrazy. Powstawała do nich przeciętna muzyka, w związku z czym Anglik zmniejszał swe szanse na angaż w bardziej prestiżowych projektach.

Będący tanią imitacją Gwiezdnych wojen, Star Crash to projekt najnędzniejszy z nędznych, wyreżyserowany przez Luigi Cozzi’ego – włoskiego odpowiednika Eda Wooda i mający na planie Davida Hasselhoffa, będącego zawsze gwarantem drewnianego aktorstwa a także słabiutkiego poziomu artystycznego produkcji. Jakość tego filmu w jakimś stopniu usprawiedliwia słaby poziom ilustracji muzycznej, jest to bowiem totalna amatorszczyzna, za równo pod względem scenariuszowym, aktorskim a także jeśli chodzi o scenografię i efekty specjalne. Ma się wrażenie, że ten obraz powstał tylko po to, aby hojnie obdarzona przez naturę aktorka Caroline Munro (znana z horrorów Hammer Films i Bonda Szpieg, który mnie kochał) mogła pokazać i sprzedać swoje wdzięki. Ignorancję twórców potwierdza dodatkowo fakt, iż zdecydowali się oni niemal całkowicie zagłuszyć muzykę Anglika rozmaitej maści efektami dźwiękowymi – zapewne chodziło o nadanie scenom realizmu, a w efekcie ilustracja częściowo pozbawiona została siły oddziaływania. Wydaje mi się jednocześnie, iż nawet bez takich żenujących zabiegów jej efektywność nie byłaby oszałamiająca, albowiem jest ona w znacznej części miałka, nieprzemyślana i nieadekwatna. Zarówno w filmie i na płycie słychać wyraźnie, że Barry chciał mieć to egzotyczne doświadczenie jak najszybciej za sobą. O ile na eksploatowanie ogranych chwytów (kosmiczne marsze, arytmiczna perkusja w muzyce akcji) można jeszcze przymknąć oko, to miejscami o pomstę do nieba woła warstwa aranżacyjna kompozycji – równie tandetnie brzmiącego mariażu syntezatorów i orkiestry nigdy wcześniej ani później u Anglika nie było. Jakby tego było mało, odsłuch obrzydzają narracyjna rozlazłość i brak „powera”. Nie usprawiedliwia tu Barry’ego skromny budżet przeznaczony na instrumentalistów - był on wcześniej przecież znany z tego, iż dysponując niewielkim aparatem wykonawczym potrafił stworzyć muzykę o dużej sile rażenia.

Po tej litanii defektów trzeba wspomnieć o pozytywach pracy Anglika, a w zasadzie o jednym – melodyce, która zwłaszcza w kompozycjach o przygodowym zacięciu stoi na przyzwoitym poziomie. Nawet, jeśli Barry po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych zaczął mocno zawodzić na kilku ważnych frontach, to nie zatracił lekkości w pisaniu melodii. Niektóre z tematów skomponowanych w tym czasie były na tyle wartościowe, że zaczęto je później podkładać za temp-track w hollywoodzkich produkcjach. Zaś sam Anglik, elementy rozpisanego na *waltornię tematu tytułowego ze Star Crash wykorzysta później w znacznie bardziej znanych melodiach z filmów High Road To China i Pożegnanie z Afryką. Ten pozytywny aspekt kompozycji nie zmienia faktu, iż Star Crash to John Barry na artystycznych nizinach. Tak nisko Anglik upadnie jeszcze tylko przy okazji Kodu Merkury, ale to już zupełnie inna historia…

Ocena Until September na płycie i w filmie: (4/5)

Ocena Star Crash na płycie i w filmie: (2,5/5)

Recenzję napisał(a): Damian Sołtysik   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

Until September
1. Main Title - Until September - 1:17
2. It`s Love - 0:56
3. Not Again - 1:32
4. Second Spat - 1:50
5. He Catches Her - 5:45
6. Candle Light - 2:27
7. Seine - 1:43
8. Foreplay - 2:48
9. One More Time - 2:41
10. Waiting - 1:27
11. Memories - 3:25
12. The Morning After - 2:09
13. End Title - Until September - 2:32

Star Crash
14. Main Title - Star Crash - 2:37
15. Escape into Hyperspace - 1:49
16. Captured - 2:10
17. Launch Adrift - 1:42
18. Beach Landing - 2:10
19. The Ice Planet / Heading for Zarkon - 3:04
20. The Emperor`s Speech - 3:18
21. Strange Planet / The Trogs Attack - 2:37
22. Akton Battles the Robots - 2:16
23. Red Ball Attack - 1:00
24. Space War - 4:38
25. Goodbye Akton - 3:32
26. End Title - Star Crash - 2:53

Razem: 65:31



Komentarze czytelników:

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Until September... Ten fortepian... Ta Karen Allen ;-) Mogli te 2 scory wydać osobno, diametralnie się różnią w tym też po prostu jakością.

Mefisto:

Moja ocena:

Until ładne, ale monotonne do bólu, a styl Barryego tak mocno wyłazi z płyty, że aż się odechciewa.