Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Monachium (Munich)

01 Styczeń 2006, 23:09 
Kompozytor: John Williams

Rok wydania: 2005
Wydawca: Decca

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Monachium (Munich)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Ta muzyka była nominowana do Oscara
Do niedawna w środowisku miłośników i krytyków muzyki filmowej mówiło się o kryzysie jednego z najwybitniejszych jej twórców – Johna Williamsa. Faktycznie, wyraźny spadek formy tego artysty uwidocznił się już w 1998r., kiedy powstały takie partytury jak Stepom i Szeregowiec Ryan. Od tego czasu Williams właściwie nie napisał niczego na miarę Listy Schindlera, Parku Jurajskiego czy innych wielu znakomitych dzieł w jego dorobku. Muzyka artysty stała się przewidywalna, gdyż w swoich kolejnych utworach zaczął nadużywać wypracowanych wcześniej rozwiązań i bazował głównie na perfekcyjnej technice. Nigdy wprawdzie nie zszedł z pewnego poziomu, jego kolejne kompozycje były co najmniej poprawne, a swój talent wielokrotnie przejawiał w pojedynczych tematach (Patriota, Prochy Angeli) czy na przykład w bardzo dobrych trzech częściach Harry’ego Pottera. Ale patrząc przez pryzmat jego całej kariery, nie można było się oprzeć wrażeniu, że ogarnęła go artystyczna niemoc, zabrakło mu weny i świeżości.

Jednak nieoczekiwanie okres złej passy przerwał miniony rok 2005, w którym Williams stworzył aż cztery znakomite dzieła, w tym trzy przynoszące zupełny zwrot stylistyczny. Najpierw zaskoczył nowatorską, ciężką wyrazowo Wojną Światów, której język bliski jest dwudziestowiecznym kompozytorom takim jak Szostakowicz czy Lutosławski, by potem zachwycić słuchaczy orientalnym pięknem Wyznań Gejszy. Na koniec napisał – powiem od razu – według mnie najwspanialszy *score roku! Zrobił na mnie takie wrażenie, że postanowiłem go zrecenzować jako autonomiczne dzieło, na miesiąc przed premierą filmu, do którego został skomponowany, a więc Monachium Stevena Spielberga.

Obraz ten nakręcono na podstawie powieści George’a Jonasa, Vengeance, przedstawia on tragedię monachijskich Igrzysk Olimpijskich z 1972 roku. Wówczas palestyńscy terroryści reprezentujący organizację Czarny Wrzesień zaatakowali izraelską kadrę sportowców i zamordowali osiemnaście osób. Tematyka jak widać aktualna, zatem nie powinny dziwić kontrowersje zrodzone jeszcze przed amerykańską premierą. Zakładam, że Spielberg nie rozminął się z prawdą historyczną i nadzieje – rozbudzone po obejrzeniu zwiastuna - pokładam przede wszystkim w poziomie artystycznym. Oby był równie wysoki jak sama muzyka.

Williams zaledwie w trzy miesiące stworzył dzieło bardzo dojrzałe, głębokie emocjonalnie i ambitne. Najbardziej urzekło mnie w nim to, że niemal każdy jego dźwięk coś wyraża, co w przypadku muzyki filmowej oderwanej od obrazu zdarza się bardzo rzadko. Trzeba tu zaznaczyć, że Munich jest w dużej mierze trudny w odbiorze i dla słuchacza niezaznajomionego z wysoką muzyką współczesną może być bardzo ciężki, czy jak to się teraz mówi - „niesłuchalny”. Owa współczesność brzmieniowa dominuje w niezwykle interesującym „underscorze”, który wymaga maksymalnego skupienia. Dla skoncentrowanych melomanów będzie intrygującym, pełnym napięcia seansem dźwiękowym, dla leniwych – zwyczajną ilustracją nie mającą racji bytu poza filmem. Ale Munich to nie tylko muzyczny eksperyment, ale również – a może przede wszystkim – cudowna liryka. Są to przepiękne tematy tak samo wzruszające jak melodie Listy Schindlera. Porównanie z tą niezaprzeczalnie genialną partyturą wynika nie tylko z poziomu emocjonalnego obu dzieł, ale i z podobnego nastroju oraz typowo „żydowskiego” stylu, melodyki oraz harmonii. I właśnie ten folklorystyczny element łączy wspomniane dwa muzyczne światy.

Maestro stworzył dwa tematy, które przewijają się przez cały soundtrack stanowiąc jego trzon. Oba zostały oparte na charakterystycznej żydowskiej skali i mają bardzo smutny, dramatyczny wydźwięk. Za każdym razem brzmią trochę inaczej – różnią się aranżacjami, harmonią i sposobem wykonania. Williams zaangażował bowiem wielu znakomitych solistów, którzy wspaniale je interpretują nadając całemu dziełu różnorodności. Słyszymy zatem przejmujące wokalizy Listbeth Scott, pełne ekspresji wiolonczelowe partie Steve’a Erdody’ego, delikatne, intymne dźwięki gitary wydobywane przez Adama del Monte czy wreszcie niezwykle czyste linie melodyczne oboisty Johna Elliasa. Muzycy prawie zawsze grają z towarzyszeniem orkiestry będącej harmoniczną podstawą melodii i zarazem *kontrapunktem do niej. Wyjątkiem jest fortepianowe solo Glorii Cheng w End Credits – utworze swą strukturą przypominający finałową wersję Schindler’s List Theme.

Pierwszy temat, który otwiera całą płytę ma zdecydowanie najsmutniejszą treść, wyraża ból i cierpienie. Te uczucia kompozytor uzyskał poprzez jakby improwizowane *frazowanie, a jeszcze dzięki znakomitemu wykonaniu brzmi on bardzo szczerze, ma w sobie artystyczną prawdę. Na przykład interpretacja Listbeth Scott może się kojarzyć ze swego rodzaju łkaniem, a gra Johna Elliasa ze skromnym wyrazem żalu małego dziecka. Każda wersja tematu bardzo głęboko mnie poruszyła i naprawdę trudno mi wybrać tę najlepszą. Podobnie jest w przypadku tematu drugiego. Jest on nieco bardziej egzaltowany, bogatszy w kontrapunkty i zwykle pełniej zinstrumentalizowany. Można też powiedzieć, że stylistycznie najbliższy „Liście Schindlera”, ale absolutnie nie będący jej kopią. Jego treść i przesłanie chyba najlepiej oddaje tytuł jednego z utworów, w którym wybrzmiewa – A Prayer for Peace (Modlitwa o pokój). Rzeczywiście, pełen uniesienia charakter przywodzi na myśl modlitwę albo prośbę. Kompozytor piękną melodię uzupełnił chwytającą za serce harmonią z typowo żydowskimi przesunięciami. Ekspresji i dramatyzmu dodają jej jeszcze pełne napięcia „grające” pauzy w środku fraz. Uważam, że ze wszystkich tematów Johna Williamsa ostatnich lat, wyżej opisane są najpiękniejsze. Należy również wspomnieć, że artysta w swoim dziele wykorzystał znaną żydowską pieśń Hatikvah (The Hope – nadzieja) i po mistrzowsku zaaranżował ją na orkiestrę. Jak sama nazwa wskazuje utwór przepełniony jest nadzieją i ciepłem, na długo pozostaje w pamięci.

Przejdźmy teraz do underscore’u. To już zupełnie inna muzyka – awangardowa i bardzo współczesna, ale dzięki zastosowaniu żydowskiej skali, doskonale łączy się z utworami lirycznymi. Mamy tu zatem *atonalność, nieregularne *metra i skomplikowane rytmy oraz mnóstwo nowatorskich rozwiązań w orkiestracji. Muzyka ta jest wprawdzie trudna w odbiorze, ale na pewno nie pusta. Jeśli wsłuchamy się we wszystkie niuanse i odnajdziemy jej sens, może nas bez reszty wciągnąć. Underscore jest bardzo tajemniczy, trzymający w napięciu i wręcz mistyczny. Kompozytor tego typu utwory rozpisał na pełną orkiestrę z użyciem elektroniki w postaci syntezatorów i perkusyjnych sampli. Grozy nadaje im fortepian, którego dźwięki są najczęściej wydobywane w niskich rejestrach, oraz spazmatyczne pomruki kontrabasów przywodzące na myśl Szczęki. Chyba najciekawszymi utworami zarówno pod względem brzmieniowym, jak i rytmicznym są Letter Bombs oraz Bearing the Burden. Ten pierwszy rozpoczyna preparowany fortepian oraz selektywne *smyczki grające interesujące figury rytmiczne. Po chwili dołączają się do nich kontrabasy i kotły, które zmieniają klimat na nieco bardziej dramatyczny. Kiedy rytm się stabilizuje słyszymy *figuracje saksofonu *barytonowego (rewelacyjne brzmienie!) a zaraz dołączają się do niego mocne, wyraziste skrzypce – to najbardziej energiczny fragment partytury. Bearing the Burden natomiast wprowadza słuchacza w tajemniczy nastrój poprzez oryginalne, współczesne środki wyrazowe. Frazy są tu, powiedziałbym, kosmiczne (w dobrym tego słowa znaczeniu). Spodobał mi się pomysł równoległej gry fortepianu i klawesynu – instrumentu na nowo odkrywanego przez współczesnych kompozytorów muzyki poważnej. Niestety mimo wielu wyśmienitych pomysłów i niegasnącemu napięciu, underscore jest dosyć jednolity, co zmusiło mnie do obniżenia oceny.

Monachium ma jeszcze pewien minus, który jednak nie może wpływać na końcową notę. Otóż mam zastrzeżenia do orkiestry, a konkretnie do sekcji smyczkowej. Williams stworzył muzykę pełną ekspresji charakterystycznej dla dwudziestowiecznych rosyjskich kompozytorów. Niestety Hollywood Studio Symphony owej ekspresji nie jest w stanie wyrazić, większość dźwięków brzmi dość sterylnie, a to trochę irytuje. Słuchając niektórych utworów marzyło mi się, aby wykonywali je na przykład moskiewscy filharmonicy, którzy z pewnością tchnęliby w nie więcej ducha. Ale może właśnie ten fakt pozwoli uzmysłowić czytelnikowi, że najnowsze dzieło Williamsa jest czymś więcej niż tylko filmowym tłem.

Recenzję napisał(a): Aleksander Dębicz   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Munich, 1972 – 2:41
2. The Attack at Olympic Village – 3:02
3. Hatikvah (The Hope) – 2:04
4. Remembering Munich – 4:40
5. Letter Bombs – 2:50
6. A Prayer for Peace – 3:53
7. Bearing the Burden – 8:14
8. Avner and Daphna – 4:04
9. The Tarmac at Munich – 4:01
10. Avner`s Theme – 3:09
11. Stalking Carl – 4:26
12. Bonding – 1:59
13. Encounter in London and Bomb Malfunctions – 3:39
14. Discovering Hans – 2:49
15. The Raid in Tarifa – 2:05
16. Thoughts of Home – 4:05
17. Hiding the Family – 1:27
18. End Credits – 4:06

Razem: 63:21



Komentarze czytelników:

Thedues:

Moja ocena:
bez oceny

wszystko byłoby Oki Olku gdby jednak oceniać muzyke po zobaczenia filmu.... czy z recenzja był taki pośpiech?? przecież można było spokojne poczekać do premiery... a nie na czym prędzej pisać recke... Ja wiem, że napisałeś iż uzupełnisz recenzje jak tylko zobaczysz film tylko uważam, iż czasem w przypadku takich megaprodukcji można poczekać... Podobnie zresztą uczyniłeś z muzyka JW do Wyznań Gejszy. Recka jest naprawde dobra tylko nie rozumiem tego wyścigu!? [BTW u nas również ukazała sie recenzja Gejszy przed Polska premierą i mnie to również nie cieszy;-)]

Thedues:

Moja ocena:
bez oceny

Przepraszam, co do Gejszy:> cos mi sie pomylilo to nie Ty pisałes:D

Rafalski:

Moja ocena:

Fakt szybkości publikacji nie wynika z jakiegoś chorego wyścigu międzyportalowego, tylko z faktu, że redaktora Dębicza szczerze zachwyciła ta muzyka, na tyle go zachwyciła, że postanowił szybko ją opisać. Czy czekać do projekcji? No i tak i nie. Z pewnością łatwiej byłoby o interpretację materiału Williamsa po obejrzeniu filmu Spielberga, jednak pamiętajmy, co słusznie zauważył Łukasz na forum, że oceniamy i opisujemy muzykę zawartą i prezentującą się na płycie. Co do Municha, partytura jest naprawdę poruszająca, ciarki przechodzą momentami, choć to baaardzo ciężka muzyka, nawet dla „wyrobionego” słuchacza, ale chyba warto się „pomęczyć” :)

Paweł Stroiński:

Moja ocena:

Recenzja bardzo dobra, ale trudno mi się z nią zgodzić. Moim zdaniem stworzony w tej partyturze underscore to najnudniejszy materiał, jaki Williams stworzył od Szeregowca Ryana. Jasne, Letter Bombs jest świetnym utworem (szkoda tylko, że brzmiącym jak połączenie Pre-Crime to the Rescue z Total Recall Jerryego Goldsmitha), chociaż zastanawiałbym się, czy to jest na pewno saksofon barytonowy (myślę, że Williams osiągnął to brzmienie bardziej tradycyjnie łącząc basowy klarnet z kontrafagotem). Zupełnie jednak nie potrafię się zgodzić z oceną Bearing the Burden, który jest dla mnie podstawowym powodem tak niskiej oceny tej ścieżki. Ośmiominutowy utwór, którego słuchałem co najmniej cztery razy (nigdy samodzielnie, zawsze przy słuchaniu całej ścieżki) i proszę o wybaczenie, ale nie widzę tam zupełnie nic ciekawego, poza powtórzeniem tematu Avnera przez klarnet i crescendo raz na jakiś czas (tu tez uwaga, instrument, o którym mówisz to nie klawesyn, tylko cymbały, tak przynajmniej twierdzi większość recenzentów zachodnich i jestem się skłonny z nimi zgodzić). Materiał tematyczny jest faktycznie bardzo dobry, ale niestety mało oryginalny. Temat Avnera brzmi jak Lista Schindlera (Remembrances połączone z Immolation, wersja gitarowa w utworze Avners Theme nie jest tak wybitna jak mówią, słyszałem dużo lepsze partie gitarowe), temat z utworu pierwszego (określanego jako temat Monachium) brzmi jak Zimmer (częściowo harmonia, chociaż Williams bardziej się trzyma bliskowschodniej skali niż tradycyjne female wailing vocals; warto jednak zwrócić tu uwagę na to, że Williams poniekąd przyznał się do zastosowania Zimmerowskiej stylistyki zatrudniając jako wokalistkę Lisbeth Scott, która często współpracuje z kompozytorami kręgu Media Ventures (a ściślej Harrym Gregsonem-Williamsem, przynajmniej raz z jej usług skorzystał też sam Hans Zimmer) ). Trzeci temat jest dość oryginalny, może się jednak trochę kojarzyć z kręgiem mroczniejszych partytur Williamsa. Elektroniczne sample to jeden z najbardziej banalnych rytmów, jakie kiedykolwiek John Williams stworzył, co tez jest elementem mojego rozczarowania tym score (gdzie rytmika z chociażby Zam the Assasin?). Poza tematem Monachium warto wskazać na jeden element odwołania się do stylistyki Zimmerowskiej, pewnie zauważyliście obecność w tym score jednego instrumentu, który jest trochę nadużywany po Gladiatorze. Chodzi o armeński duduk. Czyżby potwierdzenie plotek, że po Johnie Williamsie nadwornym kompozytorem Spielberga zostanie Hans Zimmer?

Łukasz Waligórski:

Moja ocena:

Kompletnie mi nie leży ta muzyka. Może to dlatego, że jestem "słuchaczem niezaznajomionym z wysoką muzyką współczesną" - cokolwiek by to miało znaczyć... Williams stworzył muzykę strasznie hermetyczną i trudną. Ta trudność jest taką barierą, która zniechęca do dalszego słuchania i sprawia, że pewnie co drugi słuchacz nie dostrzega tutaj tej głębi, o której pisze Olek. To na pewno nie jest muzyka dla każdego...


  Do tej recenzji jest jeszcze 44 komentarzy -> Pokaż wszystkie