Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Tylko jeden (The One)

05 Maj 2010, 19:40 
Kompozytor: Trevor Rabin

Dyrygent: Gordon Goodwin
Orkiestracje: Gordon Goodwin, Trevor Rabin
Muzyka dodatkowa: Paul Linford

Rok wydania: 2001
Wydawca: Varese Sarabande

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Tylko jeden (The One)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

 Kup tę płytę w:

iTunes za 9.99
Sposoby ilustrowania muzyki akcji, a zwłaszcza pojedynków mano a mano, strzelanin i pościgów samochodowych są różne. Największe emocje z pewnością wzbudza użycie przez kompozytora potężnych środków wyrazu, jakie oferuje orkiestra symfoniczna; wspomnieć wystarczy choćby Jerry`ego Goldsmitha, Alan Silvestri czy nawet Briana Tylera. Jednym ze stałych sposobów podkreślania *„action score” na ekranie było (i jest) użycie szerokiego asortymentu muzyki elektronicznej, agresywnych perkusjonaliów i wibrującego, dominującego brzmienia gitary (gitar) elektrycznej. W latach 2000-2003 często takimi metodami posługiwał się Trevor Rabin, który od początku swojej kariery był kojarzony z filmem akcji i z takimi właśnie szablonami ilustracyjnymi jak 60 sekund, Szósty dzień, Bad Boys 2, i będący przedmiotem recenzji futurystyczny film z gatunku kina kopanego z Jetem Li w roli głównej – Tylko jeden.

Reżyser filmu, James Wong znany jest jako twórca mocnego kina – współpracował z Shirley Walker na planie pierwszej części Oszukać przeznaczenie, i Brianem Tylerem przy części trzeciej (ten ostatni napisał także muzykę do jego ostatniej produkcji – Dragonball: Ewolucja). Trevor Rabin to twórca, którego cechuje dość charakterystyczny styl muzyczny, który dzięki rockowej przeszłości kompozytora doskonale wpisywał się w nurt kina, gdzie akcja goniła akcję. A ponieważ reżyser stwierdził, że nic tak dobrze nie ilustruje wschodnich sztuk walki na pełnych obrotach jak gitarowa kapela na dopalaczu, a znał styl Rabina z planu choćby Lotu skazańców, czy 60 sekund, wybór mógł być tylko jeden – Trevor Rabin trafił na pokład The One. Kosztujący 49 mln dolarów film wystartował 2 listopada 2001 roku (szoku na listach box-office nie było: zarobił 73 miliony), jednak na soundtrack trzeba było poczekać ponad 2 miesiące – dopiero 11 grudnia 2001 roku Varèse Sarabande wypuściła ponad 40-minutowy album z muzyką ilustracyjną.

Po pierwsze, od początku do końca słychać, że Rabin wziął sobie do serca kluczową wskazówkę reżysera – akcja non stop. I słychać to przez te 40 minut. Tempo i nadmiar decybeli stoją na naprawdę wysokim poziomie. W tym względzie The One, górował nawet nad Gone In 60 Seconds. Po drugie, kompozytor zaprezentował typową dla siebie stylistykę opartą na rozbudowanej elektronice, mocarnym basie, agresywnej perkusji i towarzyszącej na każdym krok gitarze elektrycznej. Rabin użył także w kreowaniu atmosfery filmowej, głównie jako elementu lirycznego lub wzmacniającego niektóre lejtmotywy sceniczne, 48-osobowej orkiestry, rekrutującej się wyłącznie z sekcji smyczkowych. Pod tym względem, nawet w 60 sekundach, ta część partytury była mocniej zaznaczona. A tak, syntezator, gitara i perkusja wybijały rytm i wypełniały kolejne sceny filmu przez ponad 90 procent trwania soundtracku.

Nieuniknioną częścią składową kolejnych soundtracków akcji spod znaku Rabina była powtarzalność i kolejne inspiracje poprzednimi pracami kompozytora, szczególnie w sposobie konstruowania „suspense`u” i rdzenia muzyki akcji. Nie ma co ukrywać, że w The One, mocno słychać podobieństwa do takich „Rabinowskich” filmów jak Szósty dzień, Piekielna głębia, czy Bandyci. W tym względzie kompozytor z RPA nie przecierał żadnych nowych szlaków. Z pewnością Ci wszyscy, którzy polubili styl orkiestrowy Rabina rodem z Armageddon, lub Piekielna głębia, będą mocno zawiedzeni elektroniczno-gitarowym molochem, który wypełniał film od początku do końca. Z ograniczonymi czasowo chwilami na nabranie oddechu. Trevor niejednokrotnie za mocno chyba zapędzał się w tej sztucznie generowanej stylistyce, gdyż syntetyczne sample dało się słyszeć nawet tam, gdzie niemal mieliśmy pewność, że to „żywe” instrumenty. Szkoda, że w taki „tani” sposób podejmowane była nawet próba kreowania czegoś w rodzaju klimatu etnicznego (Daleki Wschód), ale była to tylko imitacja. Dobrym przykładem takiego podejścia do orkiestracji i budowania etniki był American Outlaws,, choć tam, według mnie, było dużo lepiej.

Nawet jeśli płyty słuchałby fan rocka i gitarowego brzmienia w kinie sensacyjnym, to jednak jest pewna rzecz, która stanowiła główną słabość całej ilustracji. Była to tematyka, a raczej jej brak. Absencja powtarzającego się tematu głównego stanowiła ograniczenie, które pozbawiało ilustrację charakterystycznej wizytówki, z którą można by skojarzyć całą płytę. Taką rolę mógł odegrać niespełna 2-minutowy The Ritual,. To tradycyjne dla kompozytora fanfary oparte na smyczkowym „anthemie”, z rytmiczną perkusją i stylizowanymi klimatami etnicznymi. Proste, ale efektowne. Niestety, był to jedyny pokaz tematu na płycie. A szkoda. Przez kolejnych 40 minut Rabin bardzo, bardzo oszczędnie go dozował i pojawiał się na albumie tylko sporadycznie, bardziej dla ozdoby niż w roli muzycznego przewodnika.

Z kolei muzykę akcji symbolizowało dwutorowe podejście, którym Rabin budował całą tę konstrukcję – pierwszym elementem była podrasowana elektronicznie *sekcja smyczkowa w Multiverse, i agresywne riffy gitarowe z rockową perkusją w Growing Stronger,. Te drugie zresztą przeważały. Kto jednak oczekiwałby klasycznego podejścia do „action score” to The One na pewno nie będzie dla niego. Nie wykluczone, że taka dwutorowość miała stanowić rodzaj symbiozy i zróżnicowania „dobrego” i „złego” Jeta Li. Z kolei ilustracyjna część partytury i sposób budowania „suspense`u”, w którym nawet pojawiał się krótki temat w stylu Piekielnej głębi to ponad 5-minutowy The Light, – mamy tutaj „ambient” w pigułce: elektroniczna tapeta, bijąca perkusja, lejtmotywy gitarowe i prosta tematyka stylizowana na sekcję smyczkową. I takie też podejście, z podziałem na kolejne rozdziały, odpowiadały za konstruowanie klimatu „underscore” na całej płycie. Niejednokrotnie takie lekko atonalne podejście do tematu stanowiło punkt charakterystyczny kompozytora, którego sporo można uświadczyć na albumie.

W sumie więc te 13 pierwszych minut to rodzaj suity The One, w jednym opakowaniu. Jeśli komuś taki model odpowiadał, to mógł spróbować dalszej konsumpcji, kolejnych 30 minut. Tylko jeden do przyzwoity/przeciętny produkt akcji z fabryki Trevora Rabina, jednak bez wątpienia były duże lepsze rzeczy w jego dorobku. Osobiście wolę Rabina bawiącego się w bardziej symfoniczne brzmienie i mocniej dbającego o tematykę. A tak, powstał mocno ilustracyjny score, którego głównym przeznaczeniem stała się agresywna ilustracja agresywnych scen pełnych szybujących pięści i kopniaków. Raczej dla fanów kompozytora z RPA.

Recenzję napisał(a): Szymon Jagodziński   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1.The Ritual - 1:40
2.Multiverse - 3:19
3.Growing Stronger - 2:26
4.The Light - 5:36
5.Paulie`s Member - 5:03
6.Before the Start - 2:21
7.Search for Yulaw - 2:03
8.Sporadic Fire - 5:42
9.The Will to Continue - 4:17
10.Extreme Emotion - 2:07
11.A New Coarse - 1:11
12.Justification - 2:13
13.Rompie`s Cue - 1:37
14.The Final Search - 2:34

Razem:42:15



Komentarze czytelników:

Mefisto:

Moja ocena:

Kicha. I nuda. I ból głowy.

GoNzO:

Moja ocena:

a ja tam lubie rabina, fantastycznie się goni po mieście, czy to autem czy z buta przy jego trakach... dobrze sie je słucha :)

Wojtek:

Moja ocena:
bez oceny

Jak poprzednie prace kompozytora mogą stanowić inspiracje dla tego kompozytora? W recenzji jest pełno takich nielogiczności, wynikających z braku muzycznych kompetencji :/

Odwykowy:

Moja ocena:

Jak dla mnie piosenki calkiem niezle, ale przeciez kazdy ma inny gust