Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Szkarłatna litera (The Scarlet Letter)

09 Sierpień 2003, 18:00 
Kompozytor: John Barry

Dyrygent: John Barry
Wykonanie: The English Chamber Orchestra

Rok wydania: 1995
Wydawca: Epic Soundtrax

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Szkarłatna litera (The Scarlet Letter)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Czy Roland Joffe lubi znajdować się w centrum uwagi, a może swe dwa największe filmy popełnił zupełnie przypadkowo? Te pytanie towarzyszyły mi podczas oglądania filmów tego kontrowersyjnego reżysera, tworzącego zarówno arcydzieła jak i kompletne knoty. Do tych ostatnich zalicza się Szkarłatna litera z 1995r stworzona na kanwach powieści Nathaniela Hawthorne’a o tym samym tytule. To dziesiąta z kolei ekranizacja historii angielskiej emigrantki Hester Prynne (Demi Moore), uwikłanej w skandaliczny romans z pastorem (Gary Oldman), za który przyjdzie jej zapłacić utratą dziecka i napiętnowaniem przez konserwatywną starszyznę brytyjskiej kolonii. O ile żenująco słabej roli Demi Moore można się jeszcze spodziewać to zawód, jaki sprawili widzom reżyser Roland Joffe i kompozytor John Barry był naprawdę spory. Angielski artysta jednakże może mieć maleńkie usprawiedliwienie – niewielką ilość czasu na napisanie muzyki. Przed nim na planie Szkarłatnej litery zjawił się Elmer Bernstein, który po odrzuceniu swej partytury wysłał Demi Moore ironiczny liścik z wyrazami wdzięczności za niewykorzystanie jego muzyki w tak fatalnym filmie. Podziękowano również za współpracę Ennio Morricone po wysłuchaniu jego taśm demo.

Wezwany na plan John Barry dostał dwa tygodnie na napisanie ilustracji muzycznej, a że w przeszłości mała ilość czasu nie stanowiła dla niego problemu a ponadto jest mistrzem w ilustrowaniu historii miłosnych w epickim tle, więc można było ze spokojem oczekiwać na efekty jego pracy. Niestety po projekcji okazało się, że niemoc twórcza reżysera i scenarzysty okazała się zaraźliwa, a i te dwa tygodnie to jednak mało dla starzejącego się artysty. Powstała ilustracja, którą wielu fanów Anglika bardzo trafnie określa mianem Tańczący z wilkami – część II. Ilustracja ta jest niczym innym jak tylko kopią rozwiązań tematycznych, kompozycyjnych i orkiestracyjnych tamtego score’u, która odróżnia się jedynie bardziej ciemnymi barwami i niższą jakością. Epicki temat główny towarzyszący przybyciu do Ameryki głównej bohaterki razi sztampowością brzmienia (standard *waltornie plus *smyczki) i brakiem spontaniczności. Podobnie oparta na jednym temacie muzyka akcji wyraźnie skopiowana z Tańczącego z wilkami - kolejny dialog waltorni i smyczków wspierany potężnymi arytmicznymi uderzeniami perkusji. Pisząc o podobieństwach muzycznych warto także wspomnieć o udziale Petera Buffetta (odpowiedzialnego w filmie Kevina Costnera za indiański Fire Dance), który Szkarłatnej literze użyczył swej muzyki w dwóch momentach filmu, tworząc z pomocą etniki, chórku i indiańskich głosów pełne tajemniczości i mistycyzmu tło dla pierwszych scen opowieści.

Zadowalać może uroczy, zmysłowy temat napisany dla Hester Prynne, służący od pewnego momentu jako temat miłosny, choć dla opisania tak ryzykownego romansu dojrzałych ludzi przewidujących chyba, że to co robią będzie miało tragiczne konsekwencje, Barry mógł stworzyć nieco bardziej refleksyjną muzykę. W swej najbardziej okazałej wersji temat miłosny prezentuje nam się w ekstatycznej Love Scene pełnej zapierających dech w piersiach romantycznych uniesień sekcji smyczkowej, dając dość dziwny efekt w starciu z toporną sceną erotyczną. Nawet dobry temat potrafi doprowadzić do frustracji, gdy prezentuje się go słuchaczowi ze zbyt dużą częstotliwością, a z takim koncertem powtórek mamy właśnie do czynienia w Szkarłatnej literze. Nie pomaga tu nawet rotacja instrumentów i prezentowanie tematu w aranżacji odpowiednio na trąbkę oraz flecik.

Z odwrotną sytuacją mamy do czynienia w przypadku muzyki suspense z drugiej połowy albumu, o ile nie wzbudza tak negatywych emocji podczas odsłuchu to fatalnie spisuje się w filmie. Barry niestety poszedł po linii najmniejszego oporu, płodząc muzykę rozlazłą, nieadekwatną do zdarzeń i emocji bohaterów scen, w dodatku pozwolił on sobie na skopiowanie rozwiązań ze swojego arcydzieła Ostatnia dolina. Jednakże to, co sprawdziło się w powolnej i statycznej scenie przygotowań do spalenia na stosie czarownicy, kompletnie nie pasuje do brutalnego gwałtu. Są na szczęście fragmenty niepozwalające mówić o ilustracji Szkarłatnej litery jako kompletnym fiasku w kontekście filmu. Wśród nich poruszające She Will Not Speak i Poor Fatherless Child, potwierdzające to, co zauważyło wielu fanów Anglika, że w ostatnim etapie jego kariery najbardziej pociągały go sceny wyrażające poczucie straty. Nieprzypadkowo więc najlepiej zilustrowaną sceną filmu jest odebranie cudzołożnej matce nowonarodzonej córeczki.

Ilustracja Szkarłatnej litery w momencie gdy ujrzała światło dzienne wydawała się wypadkiem przy pracy Anglika, ale niestety kolejne projekty zdawały się potwierdzać tezę, że Barry nie potrafi już z dobrym efektem mieścić się w krótkich „deadline’ach”, że gdy spędzi zbyt mało czasu nad swą moviolą analizując poszczególne sceny, to efekt w filmie bywa wręcz opłakany. Choć wspomniane wady pryskają jak bańka mydlana po oderwaniu muzyki od filmu, na ich miejsce pojawia się inna – powtarzalność tematu lirycznego. Pomimo, że materiał tematyczny i motywiczny stworzony przez Anglika nie jest znowu taki skromny (blisko dziesięć melodii), to wydanie w całości tej kompozycji Barry’ego zdominowanej przez ów liryczny temat, bardzo źle jej służy. Gdyby tak ścieżkę dźwiękową wydano w wersji okrojonej choćby o dziesięć minut, jej odbiór byłby zdecydowanie lepszy. W takim kształcie mogę ją polecić jedynie wiernym fanom Anglika i tym miłośnikom muzyki filmowej, którym mocno przypadła do gustu konwencja muzyczna Tańczącego z wilkami.

Recenzję napisał(a): Damian Sołtysik   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Main Title/The Arrival/Search for Home - 6:15
2. Hester Rides to Town - 1:05
3. The Bird/The Swimmer - 3:07
4. A Very Exhilirating Read - 2:10
5. I`m Not the Man I Seem - 2:40
6. Agnus Dei (Adagio for Strings) - 10:51
7. I Can See What Others Cannot - 1:04
8. Love Scene - 6:44
9. Are You With Child - 2:06
10. A Small Act of Contrition - 2:24
11. The Birth - 2:05
12. I Baptize This Child/Pearl - 2:01
13. She Will Not Speak - 3:24
14. Dr. Roger Prynne - 1:40
15. Hester Walks Through Town - 1:50
16. Poor Fatherless Child - 2:08
17. An Attempt at Rape - 3:00
18. The Savages Have Killed Him - 1:50
19. The Round-Up - 1:54
20. I Am the Father of Her Child - 2:16
21. The Indians Attack - 2:47
22. The Letter Has Served a Purpose - 2:36
23. End Title - 4:13

Razem: 70:21



Komentarze czytelników:

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Pan damian znowu ma całkowitą rację :)) Tak samo jak choćby przy recenzji "Kod Merkury"...

karcharoth:

Moja ocena:

W 100% zgadzam się z recenzją, ale na płycie jest coś dla czego warto kupić tą płytę. Chodzi mi mianowicie o utwór nr 6 - Agnus Dei - wspaniale wykonaną wersję "Adagio for Strings" Samuela Barbera, zaaranżowaną tylko i wyłącznie na chóry - ponad 10 minut niesamowitek muzyki. Cudeńko!!!

Silence:

Moja ocena:

A ja się nie zgadzam, mi ten album bardzo przypadł do gustu, jest niezwykle klimatyczny, posiada kilka niezwykle pięknych tematów, uwielbiam takie mistyczno- romantyczne tematy, oczywiście daleko mu np do Pożegnania z Afryką, czy Tańczącego… jednak uważam że jest o wiele bardziej wartościowy niż okrzyczane "Gdzieś w czasie", które mimo fanatycznych zachwytów zbytnio mi się nie podoba, i np Kod mercury o wiele bardziej przypadł mi do gustu(temat końcowy jest czadowy). oczywiście zdaję sobie sprawę że pojawi się pod moją recenzją wiele głosów potępiających...ale to wolny kraj (niby) więc chyba mogę wyrazić swoje odczucia. pozdrawiam wszystkich fanów soundtrackow

Damian Sołtysik:

Moja ocena:

Nie będzie słów potępienia:) Mam tylko pytanie, którego wydania "Gdzieś w czasie" słuchałeś?, bo są dwa: 9 utworowe(wyd. MCA) i 19 utworowe(wyd. Varese) - polecem gorąco to drugie. Jeśli podoba ci się liryka Barryego to koniecznie powinieneś sięgnąć po soundtracki "Raise The Titanic", "Frances", "Ruby Cairo" czy "Across The Sea of Time" - satysfakcja gwarantowana :-))

Silence:

Moja ocena:

Mam wydanie MCA :(, Raise The Titanic mam, bardzo mi się podoba memories of the titanic, Frances mam 1 utwór z Moviola-śliczny, a Ruby Cairo ściągam, uważam że siuta z indecent proposal jest cudowna, bardzo też mi się podoba eternal echoes(cały album), temat koncowy z mercury rising, ale najlepszy liryczny soundtrack maestro to out of africa -cudo które nigdy mi się nie znudzi...., uwielbia też body heat za erotyczny klimat z lekką nutką dekadentyzmu i oczywiście dances with the wolves...Prawda jest taka, że choć uwielbiam wielu kompozytorów: Goldsmitha, Howarda Newtona, kiedys Hornera, Elfmana, Glassa to tę delikatną, romantyczną część mojej duszy potrafi zadowolić tylko muzyka Barrego....


  Do tej recenzji jest jeszcze 1 komentarz -> Pokaż wszystkie