Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Królestwo Niebieskie (Kingdom Of Heaven)

02 Maj 2005, 16:19 
Kompozytor: Harry Gregson-Williams

Rok wydania: 2005
Wydawca: Sony Classical

Muzyka na płycie:
Królestwo Niebieskie (Kingdom Of Heaven)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

 Kup tę płytę w:

iTunes za 9.99
SATYSFAKCJA GWARANTOWANA - nagroda Soundtracks.pl"Nie czuj strachu w obliczu swych wrogów.
Mów zawsze prawdę, nawet,
jeśli może to prowadzić do twej śmierci.
Wspieraj bezbronnych i nie czyn zła.
Oto twoja przysięga..."


Średniowiecze... Dawna, częściowo zapomniana i dość zacofana epoka... Czy aby na pewno? Średniowiecze to też wspaniała kultura, i to sądzę, jest odpowiedzią na parę pytań, które postawiłem w tej recenzji... Bo to właśnie ta kultura motywuje twórców do tworzenia takich dzieł jak tu opisywane...

Film zawsze dla tej odległej nam historii - początków chrześcijańskiej Europy i terytorialnych ekspansji na Daleki Wschód - znajdował miejsce w rozległym żywiole historii kina. Co sprawia, że średniowiecze przyciąga filmowy przemysł jak magnes? Co sprawia, że średniowiecze od ponad 60 lat, stale w swych reżyserskich wizjach ukazują nam najznamienitsi reżyserzy? Co sprawia, że średniowiecze daje nam możliwość podziwiania w kinie dziesiątek znakomitych i legendarnych aktorów, przepiękne scenografie i równie wspaniałe często produkcje?

W tym roku przed miłośnikami kina kolejny obraz - "Królestwo Niebieskie". Jest to zrealizowana z niezwykłym rozmachem, epicka opowieść o wyprawach krzyżowych, zderzeniu dwóch kultur i młodym Francuzie, który nieoczekiwanie odkrywa swe przeznaczenie. Bohater zostaje pasowany na rycerza i wyrusza do Ziemi Świętej, by objąć należne mu dziedzictwo, stać na straży pokoju i dążyć do harmonijnego współistnienia przedstawicieli wszystkich kultur i religii, tak by na całej Ziemi ziściło się tytułowe "królestwo niebieskie". Gdy nadchodzi godzina próby, rycerz Balian chwyta za miecz, by zająć należne mu miejsce w historii...

Ridley Scott to reżyser wszystkim bardzo dobrze znany. Jak dziś toczyła by się historia filmu, gdyby nie takie jego dzieła jak "Obcy - 8 Pasażer Nostromo", "Łowca Androidów", "Legenda", "1492 : Wyprawa Do Raju" czy "Gladiator"... Filmy Scott`a wyróżniają się zawsze ciekawymi i oryginalnymi zdjęciami, a także niesamowitym nastrojem, w kreowaniu którego reżyser jest prawdziwym mistrzem, i którego zasługi dla przemysłu filmowego uhonorowane zostały wieloma nagrodami i nominacjami, oraz najważniejszą dla reżysera osobistą nagrodą - tytułem szlacheckim nadanym mu przez Królowę Elżbietę II w 2003 roku.

Produkcje kręcone przez tego reżysera mają szczęście również jeśli chodzi o ich muzyczne tło. Część filmów, z wcale nie tak pokaźnej przecież filmografii tego reżysera, posiada niezapomniane do dziś ścieżki dźwiękowe, które obecnie są absolutnymi klasykami muzyki filmowej. Scott współpracował z najbardziej znanymi kompozytorami, takimi jak Jerry Goldsmith, Vangelis, czy Hans Zimmer, z którym łączy go długoletnia przyjaźń i który skomponował muzykę do największej ilości jego filmów. I to właśnie Zimmer miał skomponować ścieżkę dźwiękową do najnowszego obrazu Scott`a. Niestety zajęty pisaniem muzyki m.in. do filmu "Batman Begins" zrezygnował z projektu. I tak w jego miejsce trafił Harry Gregson-Williams. Czy dobrze się stało?

Przyznam, że zawsze mam do muzyczno-filmowych nowości z reguły nastawienie sceptyczne. Widząc, jak zachodni recenzenci, którzy z przesadnego nadmiaru maksymalnych ocen nigdy nie słynęli, rozpływają się w swoich przemyśleniach nad tą płytą, oczywiście chciałem wiedzieć czy rzeczywiście jest tego warta. I chyba naprawdę tak jest i nikt się jednak nie mylił...

Harry Gregson-Williams jest obecnie jednym z najlepszych kompozytorów młodego pokolenia. Pierwsze swoje ważne dokonania w kompozytorskiej karierze zanotował podczas współpracy z takimi kompozytorami jak John Powell, Trevor Rabin czy wspomnianym wyżej Hansem Zimmer`em. Soundtrack wydano w Polsce praktycznie równo z jego premierą na zachodzie, co ostatnio zdarza się u nas coraz częściej i warto to pochwalić. Design jest ładny, co jest standardem w płytach wydawanych przez "Sony Classical". Więc jak rozpoczyna się ta muzyczna przygoda po krainie rycerzy, miłości i wypraw krzyżowych?

Już pierwszy utwór na albumie - "Burning The Past" - daje słuchaczowi do zrozumienia, że płyta będzie magiczna. Rozpoczynające utwór melancholijne *smyczki do których po chwili dołącza chór śpiewający po łacinie budują prześliczny nastrój... Chór, który w późniejszych utworach będzie potęgą tego albumu, i bez którego ten *score brzmiałby zupełnie inaczej... Gregson-Williams do współpracy zaprosił 123 osobowy chór Bacha i tureckich muzyków. To dzięki nim przez niemal całą płytę możemy delektować się etnicznymi motywami i instrumentami rodem z najdalszych zakątków kultury dalekiego wschodu.

Jak przystało na album aspirujący do tych z wyższej półki, niemalże każdy z elementów został pieczołowicie rozplanowany do tego stopnia, iż nie ma mowy o braku profesjonalizmu. Począwszy od oszczędnej instrumentacji, doborze kompozycji, kolejności, a na dopasowaniu jednego elementu do drugiego skończywszy. Słuchając tej płyty otrzymujemy wachlarz barw, dźwięków i nut, których nigdy wcześniej u tego kompozytora nie słyszeliśmy. Piękne celtyckie brzmienia słyszymy w utworze "Swordplay", by chwile po nim usłyszeć klasyczne arabskie skrzypce (fachowo bodajże kamancha) w utworze ilustrującym przyjazd Baliana do Jerozolimy - "To Jerusalem". Oczywiście od razu słuchacz może dostrzec powiązania z takimi albumami jak "Braveheart" czy "Angielski Pacjent". Charakterystyczne egipskie dwutonowe flety w połączeniu z melancholijnym chórem usłyszymy, w chyba najbardziej sentymentalnym, a jednocześnie niepokojącym utworze na tej płycie - "The King". Orkiestra gra temat bardzo szlachetnie i klasycznie. Podobny schemat usłyszymy w temacie "Sibylla", z tym, że jest on bardziej delikatny i momentami egzotyczny. Są to utwory o bardzo głębokiej wymowie zarówno muzycznej jak i lirycznej, utwory o dość mocno zróżnicowanym ładunku emocjonalnym.

Oczywiście tak jak w filmie, między Saracenami a Krzyżowcami, tak też na płycie, łatwo dostrzec zderzenie kultur. Każdą ilustrację bitwy, śmierci czy złości kompozytor ilustruje dynamiczną orkiestracją. W połowie albumu zaczyna się pojawiać coraz więcej akcji. I oczywiście od razu pojawia się kolejne nawiązanie - do "Gladiatora". Nie jest to minus, bo czyż ktoś w ogóle przypuszczał, że tak mogłoby nie być? W utworze "Rise A Knight" po raz pierwszy słyszymy dynamiczną sekcję perkusji, doskonale znaną z szeregu prac ze stajni *MV. Do niej kompozytor dołożył bębny, które prawdę powiedziawszy stają się udanymi imitacjami różnego typu podobnych instrumentów z epoki. Później mamy dynamiczną "The Battle Of Kerak" - z szerokim wykorzystaniem kontrabasu, puzonu, wiolonczel (w tym elektrycznej - solista Martin Tillmann) i chóru - tym razem w brzmieniu raczej niepokojącym i wyniosłym. Są w tym utworze oczywiście elementy symfoniczne co sprawia, że słucha się z ogromną przyjemnością. Gdy jeszcze do tego dojdzie naprawdę znakomite wykonanie słuchacz ma pełną satysfakcję. Piękne szerokie frazy i poruszająca melodyjność dostarcza prawdziwie głębokich doznań. Podobne schematy usłyszymy w otworach "Better Man" czy "Wall Breached". Płytę zamykają dwie sentymentalne kompozycje. Pierwsza - "Path Of Heaven", z dostojnym chórem, nadającym nastrój i muzyczny suspens. Na koniec podziwiać możemy pieśń Natachy Atlas - solistki z którą najczęściej współpracuje David Arnold (choćby przy bondowych scorach).

Nie dziwię się dlaczego tylu miłośników muzyki filmowej wyczekiwało tego tytułu z takim napięciem. Jednak czegoś takiego chyba nikt się nie spodziewał. Płyta przerosła oczekiwania wielu. Na pewno jest to coś nowego, coś czego dawno nie słyszeliśmy w tej dziedzinie muzyki. "Królestwo Niebieskie" jest dziełem magicznym. Aby go zrozumieć, czy też raczej odczuć, słuchacz musi otworzyć się na jego oddziaływanie, stać się wobec tego dzieła czymś w rodzaju serca, a wtedy zawładnie on nim całkowicie, tak jak mną. Trzeba tą płytę przesłuchać bardzo starannie po kilkadziesiąt razy, bo za każdym razem można dostrzec w niej coś nowego. Formuła estetyczna albumu, jego klimat artystyczny jest czymś absolutnie niepowtarzalnym, czymś co nigdy nie miało miejsca w karierze Harry`ego Gregsona-Williamsa... Jej niepowtarzalny koloryt i wyrafinowana prostota sprawiają, że nie jest to muzyka do kolejnej banalnej historycznej opowieści o miłości. Bardzo dobrze się stało że Gregson-Williams nie poszedł w ślady Zimmera i nie wyolbrzymił zbytnio patosu tam, gdzie nie trzeba. Czy płyta zasługuje na maksymalna ocenę? Jak dla mnie tylko taka ocena jest w pełni zasłużona. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu może braknąć te pół oceny do najwyższej noty. Ale czy to ważne? Muzyka się liczy a nie oceny... Album daje taki powiew świeżości obecnym hollywoodzkim soundtrackom do wysoko-budżetowych filmów. Płyta ukazuje też, że jednak można obecnie skomponować coś odmiennego, nieznacznie religijnego i nowatorskiego, nadając nowe brzmienia dla odmiennego punktu widzenia muzycznych ilustracji. To soundtrack, który zadziwia każdym kolejnym utworem oraz każdym kolejnym muzycznym schematem. Niewątpliwie dzieło już praktycznie wybitne, przykład prawie idealnej doskonałości, kunsztu i precyzji. Muzyka ta potrafi urzec i nie raz zaprzeć dech w piersiach. Dawno żadna płyta nie dostarczyła mi tyle satysfakcji. Jak dotychczas chyba jest to score roku...

Recenzowane tutaj "Królestwo Niebieskie" jest kolejnym przełomem w karierze Anglika, przełomem, który wydawałoby się, niedawno Gregson-Williams już zanotował, komponując doskonałą muzykę do filmu "Sindbad - Legenda Siedmiu Mórz". Jednak jak to powiedział niedawno w wywiadzie maestro John Williams - "Zawsze myślisz, że ta następna kompozycja będzie tą najlepszą"... Ciekawe czy Harry Gregson-Williams też tak myślał... Czyżbyśmy mieli pewnego kandydata do tegorocznych oskarowych nominacji? Trudno powiedzieć i nie czas teraz snuć rozważania. Tego trzeba po prostu posłuchać.... Koniecznie!

Recenzję napisał(a): Adam Krysiński   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Burning The Past - 2:48
2. Crusaders - 1:41
3. Swordplay - 2:01
4. A New World - 4:21
5. To Jerusalem - 1:38
6. Sibylla - 1:49
7. Ibelin - 2:05
8. Rise A Knight - 2:43
9. The King - 5:45
10. The Battle Of Kerak - 5:36
11. Terms - 4:29
12. Better Man - 3:29
13. Coronation - 3:03
14. An Understanding - 4:13
15. Wall Breached - 3:43
16. The Pilgrim Road - 4:07
17. Saladin - 4:45
18. Path To Heaven - 1:38
19. Light Of Life (Ibelin Reprise) - 2:10

Razem: 62:10

Dyrygent: Harry Gregson-Williams
Orkiestracje: Harry Gregson-Williams, Alastair King
Dodatkowa muzyka: Stephen Barton



Komentarze czytelników:

MaciekG.:

Moja ocena:

Jak dla mnie to REWELACJA. Kandydat do Oscara 2006 ??? może może ....

Olek Dębicz:

Moja ocena:

„Kingdom of Heaven” to niewątpliwie ogromne wydarzenie w świecie muzyki filmowej. Dawno bowiem nie słyszeliśmy tak bogatego i monumentalnego score’u ( przyjmijmy, że Troja Yareda nie istnieje :) ). I wydaję mi się, że ten fakt zaślepił większość słuchaczy, którzy zgodnie stwierdzili, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym, nowatorskim. Według mnie w „Kingdom of Heaven” oryginalny jest tylko wspaniały średniowieczny chór. Reszta to już kopia stylu Hansa Zimmera ubranego tylko w kościelne skale. Nie oznacza to jednak, że omawiana partytura jest słaba. Przeciwnie, świetnie się jej słucha, jest bardzo zróżnicowana. Właściwie nic mnie w niej nie razi, no może poza trochę tandetną perkusją a’la Media Ventures. Byłbym tylko ostrożny z wygłaszaniem peanów pochwalnych na jej temat.

Janusz Pietrzykowski:

Moja ocena:

Niestety, ale tak jak sie spodziewałem ten soundtrack nie wywołał na mnie większego wrażenia...Harry Gregson-Williams wykonał poprawną robotę ale nic ponadto jak dla mnie. Nie zgodzę się z recenzentem co do oceny scoru i wielu innych szczegółów. Muzyka do "Królestwa niebieskiego" jest jak dla mnie za miałka, mało wyrazista, stonowana - ale aż zanadto. Nie zapada w pamięć praktycznie żaden temat. Oczywiście znajdą się jasne punkty - jak chociażby "Ibelin", ale generalnie jest to dla mnie soundtrack jakich wiele. HGW np. powielił wokalizy z wcześniejszego "Spy Game" więc nie rozumiem zachwytów nad tym elementem scoru. Co więcej - ten score po prostu nudzi...jest dobry na bezsenność - gwarantowany mocny sen. Nie więcej niż 3-3,5 gwiazdki.

Sagramor:

Moja ocena:

Za w pełni uzasadnione uznać można było obawy jakie zdążyły się we mnie wezbrać na wieść, że Gregson-Williams przerzucił na swe barki odpowiedzialność za pierwotnie ciążący na Zimmerze projekt napisania muzyki do najnowszego filmu Ridleya Scotta. Zasadniczy brak doświadczenia kompozytora na polu wielkiego kina epickiego prawie, że przekonał mnie, iż pastiszowy "Chicken Run" wydaje się być szczytowym osiągnięciem w karierze Harry`ego, a wszelkie próby ambitnego naśladownictwa swego mentora w konsekwencji okażą się wielką porażką. Tragiczne wręcz projekty ostatniego roku ("The Rundown", "Man On Fire") dowiodły ponadto, że kompozytor się nie rozwija, a w dodatku wszystko wskazuje na to, że jego możliwości twórcze na dobre ugrzęzły na poziomie przygodowo-awanturniczych tematów filmu animowanego tudzież, a może przede wszystkim, niestrawnej, naszpikowanej bitami paskudnej w smaku mielonki ilustrującej na ogół trzeciorzędną sensację. A spartaczyć muzykę do filmu Scotta byłoby czymś niewybaczalnym, podobnie jak zresztą niewybaczalnym byłoby potraktować jako matrycę znaną i wielbioną, wydawać się może, wręcz modelową w tym przypadku kompozycję Zimmera sprzed kilku lat. I choć faktem jest, że łączące Gregsona-Williamsa z Zimmerem relacje zawodowe mimo wszystko, co było zresztą nie do uniknięcia, miejscami przełożyły się na muzyczny kształt "Kingdom Of Heaven", to nie ulega wątpliwości, że kompozytor osiągnął twórcze wyżyny, uwalniając się z gatunkowej pułapki w jakiej tkwił od początku swojej kariery. Muzyka bowiem jest wyśmienita, niezwykle dojrzała, a słuchalność tej kompozycji jest wybitna, niestety jak napisał Adam, przekonania o jej prawdziwej wartości nabieramy jednak dopiero po przynajmniej 25-krotnym odsłuchaniu. Tak było w moim przypadku i jak widzę moje odczucia nie okazały się odosobnione. Jeśli mimo wszystko jednak za główne kryterium oceny tejże muzyki uznać jej nowatorstwo to nie chcąc zepsuć wrażenia najlepiej jest się w ogóle nie wypowiadać. Z wielu również powodów szans na Oscara muzyka ta raczej nie ma, podobnie jak nie przepowiadam jej kariery na miarę "Gladiatora". Niewątpliwie jest to jednak jak na razie najmocniejszy punkt w dorobku Gregsona-Williamsa. W natłoku muzycznego nudziarstwa-tapeciarstwa, spod znaku chociażby innego Williamsa, powstała muzyka po prostu piękna i inspirująca.

Czarodziej:

Moja ocena:

Ja też nie zgodzę się z Adamem (swoją drogą, trochę przesadzasz w informacjach na temat filmu). Zimmerem tak bardzo to nie zalatuje, raczej HGW, z Man on Fire, Spy Game. Wokalizy mi się podobają, na szczęście słowa też mają sens (żadne AGNUS DEI, czy KYRIE, chociaż co robi Wieczny odpoczynek w koronacji? Wiemy, że król Baldwin jest umierający, ale bez przesady). Ogólnie raczej zgodnie z moimi oczekiwaniami. Lubię taką wyciszoną emocjonalność, która w tej ścieżce wbrew pozorom jest (subtelny dramatyzm z Man on Fire, uwielbiam coś takiego)


  Do tej recenzji jest jeszcze 41 komentarzy -> Pokaż wszystkie