Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Wyznania gejszy (Memoirs of a Geisha)

19 Grudzień 2005, 10:08 
Kompozytor: John Williams

Dyrygent: John Williams
Partie solo – wiolonczela: Yo Yo Ma
Partie solo – skrzypce: Itzhak Perlman
Programing syntezatorów: John Sponsler, Tom Gire

Rok wydania: 2005
Wydawca: Sony Classical

Muzyka na płycie:
Wyznania gejszy (Memoirs of a Geisha)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

 Kup tę płytę w:

iTunes za 9.99
Ta muzyka była nominowana do Oscara
SATYSFAKCJA GWARANTOWANA - nagroda Soundtracks.plMemoirs of a Geisha to trzeci projekt Johna Williamsa` w tym roku, i na dodatek nie ostatni. Za miesiąc pojawi się bowiem jeszcze *score z filmu Spierlberga Munich. Williams młody już nie jest, ale jak widać nadal jest w stanie pracować bardzo intensywnie. Co najważniejsze, imponujące tempo przekłada się na jakość - partytury maestro trzymają bardzo wysoki poziom. Co prawda Epizod 3 nie każdemu mógł przypaść do gustu, stanowiąc jednak niezaprzeczalnie, przykład świetnej ilustracji *action score. Z kolei War of the Words mimo swej oryginalności nie jest ani łatwą, ani przyjemną „lekturą” dla większości fanów muzyki filmowej. Na szczęście ostatnie w tym roku dwa projekty słynnego Amerykanina są partyturami inspirującymi, ambitnymi i słuchalnymi. Wyznania gejszy urzekają swą etnicznością i zjawiskowym klimatem, natomiast Munich, który na razie jest dostępny w okrojonej formie, wygląda na bardzo emocjonalną i dramatyczną symfonię, z fenomenalnymi partiami sekcji smyczkowej na miarę Schindler’s List.

Zajmijmy się jednak Wyznaniami gejszy. Wiadomo od dawna, że Williamowi na udziale w tym filmie ogromnie zależało. Kompozytor, zachwycony debiutancką powieœcią Arthur`a Golden`a zadeklarował swój udział w projekcie, kiedy tylko usłyszał o planach powstania adaptacji owej książki. Zrezygnował nawet z dalszego budowania muzycznego świata Harry`ego Potter`a, tylko po to, aby móc skomponować muzykę do tego obrazu. Czy powieść Golden`a faktycznie jest tak znakomita? Tego nie wiem, lecz zamierzam się prędko przekonać. W książce jednak musi być to „coś”, skoro nawet sam Spielberg zainteresował się jej ekranizacją, lecz w rezultacie zadowolił się rolą producenta. Reżyserią zajął się natomiast Rob Marshall, twórca słynnego Oscarowego musicalu Chicago. Scenariusz przenosi nas w lata ’30 XX w. i przedstawia losy Nittay Sayuri, która w wieku 9 lat zostaje sprzedana do domu Gejsz na wychowanie. Dziewczyna okazuje się bardzo przykładną uczennicą, i wkrótce staje się najsłynniejszą Gejszą w Japonii. Piękna Sayuri może „mieć” każdego, adorują ją najbardziej wpływowe osoby, jednak zakochana jest w mężczyźnie, który jest poza jej zasięgiem – bogatym businessmanem. Wszystko się jednak diametralnie zmienia wraz z „pochłonięciem” Japonii przez działania II Wojny Światowej.

Nie mogę powiedzieć, że czekałem na tą produkcję Williams`a z wielką niecierpliwością. Podejrzewam, że w pewnym sensie bałem się powtórki score`u Seven Years In Tibet, który oprócz znakomitego motywu przewodniego nie oferuje nic więcej. Przywołuję ten tytuł z powodu jego „wschodniego” brzmienia, które niestety momentami jest niezwykle nużące i nudne. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne, ponieważ konstrukcja „Wyznań…” jest bardzo atrakcyjna dla słuchacza, co nie jest oczywiście jej jedyną zaletą. Wraz z szeroko pojętą słuchalnością, idzie oryginalnoœć, piękno i niezwykła detaliczność aranżacyjna. Williams już dawno nie stworzył tak urzekającej i niebanalnej muzyki, która jest w stanie momentami szczerze poruszyć słuchacza. Album zabiera nas w niezwykłą, etniczną podróż po przez życie Sayuri, ilustrując jej losy w naprawdę ujmujący i interesujący sposób.

Napisanie muzyki do Geishy… było dla Williams`a dość znaczącym wyzwaniem, ponieważ, jak sam twierdzi, musiał pogodzić specyficzną gramatykę japońskich struktur muzycznych z bardziej tradycyjnym, hollywoodzkim sposobem ilustrowania filmu. Soundtrack zawiera klika wspaniałych, rozpisanych na pełna orkiestrę fragmentów, jednak w większości mamy do czynienia ze stonowanymi i dyskretnymi minimalistycznymi miniaturami muzycznymi. W niemalże każdym utworze, kompozytor pierwszorzędnie wykorzystuje całą sekcję tradycyjnych japońskich instrumentów, ze słynnym 13 strunowym *koto na czele, także z udziałem bambusowego fletu *shakuhachi, *samisen (3 strumowy instrument w rodzaju lutni), kokyu (smyczkowy strunowiec) i całej gamy bębnów taiko. Owe instrumenty wspomaga stonowana orkiestra oraz jak zawsze niezastąpiony wiolonczelista Yo-Yo Ma i słynny skrzypek Itzhak Perlman, miłośnikom muzyki filmowej znany przede wszystkim ze wspaniałych partii solowych w Schindler’s List. Potencjał tego wybitnego artysty, którym niewątpliwie jest Perlman, nie został moim skromnym zdaniem tym razem w pełni wykorzystany.

Główny temat, wokół którego kręci się konstrukcja całej partytury, to Sayuri`s Theme. Po raz pierwszy słyszymy go w pierwszym utworze, który swoim brzmieniem – tajemniczymi pomrukami i etnicznym fletem - przypomina mi prolog z Jurassic Park To smutna, ale bardzo piękna melodia, prowadzona mistrzowsko przez wiolonczelę, która w bardzo „inteligentny” sposób przewija się na całej płycie. Najbardziej zachwyciła mnie wersja w Becoming a Geisha – stabilny, konsekwentny rytm, powoli włączające się instrumenty, subtelne syntezatory, coraz głośniejsze bębny i delikatne *smyczki w tle. Mistrzowska wymiana motywu „Sayuri” między sekcją smyczkową a wiolonczelą kończy się nagle, gdy wchodzi fenomenalna solówka na bębnach taiko, by później w bardziej stonowanej wersji towarzyszyć repryzie tematu pod koniec utworu. Ten jeden z jaśniejszych highlightów płyty przypomniał mi trochę swą konstrukcją utwór Schindler’s Workforce z Listy Schindlera. W podobny sposób skonstruowany jest znakomity Destiny’s Path, w którym stały rytm utrzymywany jest przez „płynące” smyczki oraz delikatną harfę, która od połowy zaczyna bardziej odważnie wkraczać na pierwszy plan.

Drugi ważny temat, w którym swe umiejętności może pokazać Perlman, to theme „Chairmana”, w którym zakochana jest Sayuri. Melodia w rytmie walca w zasadzie może funkcjonować jako temat miłosny. Na początku prezentuje się dość banalnie, jednak z każdą chwilą potęguje swe eleganckie, ujmujące piękno. Po raz pierwszy mamy okazje go usłyszeć w bardzo stonowanej i intymnej wersji - Chairman’s Waltz, a potem w rozbudowanej aranżacji - Garden Meeting, gdzie wykonuje go Perlman. W połowie pięknie przejmują go smyczki, aby pod koniec oddać ponownie pierwszeństwo skrzypcom, które jedyny raz zagrają melodię „Sayuri”.

Kolejny temat, tym razem „scherzo” usłyszymy jedynie w Going to School. Uroda i konstrukcja tej kompozycji zahacza naprawdę o artyzm i genialność wysokich lotów. Rozpoczyna się rytmicznymi uderzeniami bębnów i kotłów, do których przyłączają się tamburyny oraz ksylofon, wybijający szybkie tempo. Po chwili zwinnie i z gracją wchodzi radosny motyw, grany oczywiście przez Yo Yo Ma na wiolonczeli. Ta wspaniała radosna miniatura rozwija się z każdą sekundą, pozwalając na przyłączenie się pozostałym instrumentom: koto, kokyu, fletom oraz delikatnym smyczkom w tle. Doprawdy błyskotliwość i piękno tego krótkiego utworu z pewnością sprawi, że znajdzie on godne miejsce w bogatej kolekcji niezapomnianych gonitw „scherzo”, w których pisaniu John jest nadal niezrównany.

Williams zaskoczył mnie także dwoma fragmentami, których minimalizm instrumentalizacji, tak nietypowy dla tego epickiego kompozytora, wciska w fotel. I nie mam na myśli takiego hipnotycznego, nużącego i skąpego aranżu, jaki znamy z Seven Years In Tibet; Brush on Silk oraz The Rooftops of the Hanamachi, bo o tych fragmentach mowa, opierają się na rytmie i pomysłowym wykorzystaniu tradycyjnych japońskich instrumentów. W Brush on Silk przede wszystkim słyszymy koto, któremu wtóruje bębenek oraz delikatny flet, jednak po chwili utwór jest urozmaicany coraz bardziej wymyślną i zróżnicowaną aranżacją sekcji bębnów taiko, które wybuchają niczym fontanna w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, wprowadzając pod koniec wraz z dysonującą orkiestrą, niemalże mistyczny klimat. Natomiast The Rooftops of the Hanamachi, przypomina mi pod pewnymi względami utwór The Pheasant Hunt z Emire of the Sun. Niepokojący i tajemniczy klimat, tworzony jest na początku przez wiolonczelę, koto i różne „wibrafonowe” przeszkadzajki. Flet shakuhachi zwiastuje rychłe przyspieszenie rytmu kompozycji, która po mocnych uderzeniach kotłów wyraźnie przyspiesza, wprowadzając dziwny i *dysonujący motyw na wiolonczeli, którą po chwili wyręcza koto. *Synkopowane *akcenty rytmiczne, czyli „znak firmowy” Williamsa poprzedzają wkroczenie do „gry” reszty orkiestry, która wraz z niesamowicie punktualnymi bębnami pozwala osiągnąć *crescendo utworu.

Wrażliwego słuchacza poruszą z pewnością bardzo smutne i emocjonalne utwory, takie jak przejmujący Dr. Crab’s Prize (flet shakuhachi solo), czy ciemna i ponura interpretacja widma nadchodzącej wojny w The Fire Scene and the Coming of War który oferuje niesamowite wokale w języku japońskim, nieziemskie podziały rytmiczne na kotle oraz piękny motyw na smyczkach. Warto zwrócić specjalną uwagę na dwa finałowe utwory (nie licząc End Titles). Stonowany początek Confluence nie zwiastuje tego przepięknego rozwoju sytuacji, jaką jest wprowadzenie po raz ostatni już tematu „Sayuri”. Zaraz po tym jak melodia jest przejęta od fagotu przez wiolonczelę, przeradza się w poruszający motyw, który grany wraz całą orkiestrą pięknie ujmuje dramatyzm sytuacji, jaką zapewne ilustruje. Solówki Yo Yo Ma są naprawdę w tym momencie niesamowite i poruszające. Dream Discarded także utrzymany jest w bardzo smutnym i przejmującym klimacie: fenomenalne delikatne solo na wiolonczeli przepięknie zamyka historię. Album zakończony jest przez Sayuri`s Theme and End Credits który jak sama nazwa wskazuje jest repryzą głównego tematu partytury. Tym razem jednak jest on bardzo ciekawie „zrytmizowany” przez zapętlone smyczki, do których dołącza się po chwili całą orkiestra, której wkrótce towarzyszyć zaczyna wyraźna rytmika akcentowana przez szereg instrumentów perkusyjnych.

Płyta ta, z którą zdecydowanie polecam się zapoznać, stanowi nie tylko najciekawszą i jedną z najambitniejszych kompozycji roku 2005, ale także jest dowodem na to, że John Williams mistrzowsko potrafi wybrnąć z każdego zadania. Nie ma tu zbędnego patosu, miłych wpadających w ucho melodyjek i skocznych action-aranżacji. Jest dramatyzm, smutek, piękno, poruszająca szczerość muzycznego wyrazu oraz przede wszystkim odmienność stylistyczna. Owa odmienność zdefiniowana jest oczywiście treścią filmu, jednak wiadomo, że można było równie łatwo ten projekt zmarnować, czego przykładem może być moim zdaniem Zimmerowski „Last Samurai”. John fenomenalnie połączył tradycję japońskiego artyzmu muzycznego, z bardziej nam znanym systemem hollywoodzkiego „scoringu”. Idealnie odmierzył składniki jednego i drugiego, dzięki czemu wyszło mu „danie” wyborne: pięknie wyglądające, egzotyczne, smaczne, z bogatym „nadzieniem” w środku. Kompozycja ta zdecydowanie zachwyci fanów słynnego Amerykanina, choć równie poważnie powinni się nią zainteresować wszyscy fani muzyki filmowej. Przed wystawieniem oceny maksymalnej powstrzymują mnie jedynie specyficzne dla Johna aranże smyczków oraz bardzo drobne nawiązania do Empire of the Sun, Shindler’s List oraz Amistad (początek A New Name... A New Life przywodzi na myśl jeden z głównych tematów Amistadu). Płyta ta ma sporą szansę na zdominowanie nadchodzącego okresu nagród filmowych, więc chyba wypada się z nią przynajmniej pobieżnie zapoznać – zapewniam, nie pożałujecie. Redakcja soundtracks.pl, większością głosów odznacza score z Memoirs of the Geisha wyróżnieniem „Satysfakcja Gwarantowana”.

Recenzję napisał: Rafał Mrozowski


Muzyka z ”Memoirs of a Geisha” w kontekście filmu

Nie ma się co dziwić, że debiutancka powieść Arthura Goldena Wyznania gejszy stała się światowym bestsellerem. Jest to bowiem niezwykle pasjonująca historia miłosna ukazana na tle społeczno – obyczajowym przedwojennej Japonii. Potrzeba było tylko czasu, aby tak popularna książka doczekała się ekranizacji. Z początku był tym zainteresowany Steven Spielberg, ale w końcu film wyreżyserował Rob Marshall – reżyser obsypanego Oscarami „Chicago”. Kinowe Wyznania gejszy raczej mnie usatysfakcjonowały, ale tylko dzięki olśniewającym efektom audio-wizualnym. Mam bowiem spore zastrzeżenia do scenariusza – akcja rozgrywała się zbyt prędko i chaotycznie. Odniosłem wrażenie, jakby głównym celem twórców było zmieszczenie wszystkich wątków powieści. Swoisty bałagan potęguje jeszcze gwałtowny, szybki montaż, co trochę zniechęca widza do uważnego śledzenia wydarzeń. Pod względem aktorskim film prezentuje wysoki poziom, choć niektóre kreacje balansują na krawędzi kiczu (zwłaszcza Michelle Yeoh i *Gong Li). Jednak obraz ten ogląda się przyjemnie dzięki odtworzeniu z wielkim pietyzmem ówczesnej epoki i życia towarzyskiego Japonii. Wystrój wnętrz i stroje (piękne kimona) dopracowano do ostatniego szczegółu, co nadało tej – nie bójmy się tego słowa – bajce autentyzmu. Tu w pełni zasłużone Oscary za scenografię i kostiumy dla Johna Myhre’a i Grethen Rau oraz Colleen Atwood. Imponujące są również zdjęcia Diona Beebe, ale przez wspomnianą gwałtowność montażu musiałem mocno wytężać wzrok, żeby je w pełni docenić. W Wyznaniach gejszy najbardziej zachwyciła mnie jednak fenomenalna muzyka Johna Williamsa.

Ponieważ Rafał Mrozowski wyczerpująco opisał tę partyturę i powiedział jak prezentuje się ona na płycie, pozwólcie, że zajmę się tylko jej rolą w filmie. Otóż kompozycja Williamsa należy do tego rodzaju muzyki filmowej, który komentuje każdą scenę, jest – jak to powiedział Jan A.P. Kaczmarek, w którymś z wywiadów – dźwiękowym odpowiednikiem tego, co widać na ekranie. Kaczmarek uważa, że trzeba unikać takiego komponowania, gdyż muzyka powinna być w twórczym konflikcie z rozgrywaną sceną. Myślę jednak, że o sposobie tworzenia i rodzaju utworów decyduje film. Hollywoodzkie produkcje wymagają przecież czysto ilustracyjnej muzyki, a jak wiemy duża większość takich partytur jest niezwykle ciekawa i porywająca, stanowiąc zarazem interesujące dzieła autonomiczne. I właśnie taka jest muzyka Johna Williamsa do Wyznań gejszy. Może być wręcz idealnym przykładem na przedstawiony wyżej rodzaj komponowania, bowiem słyszymy ją od pierwszej do ostatniej minuty filmu, niemal bez przerwy. Przywodzi to na myśl stare obrazy z lat 40., takie jak Przeminęło z wiatrem, w których muzyka grała non stop. Kilka razy odniosłem wrażenie, że Williams wychodzi nieco ponad fabułę, co uważa się za niewybaczalny błąd kompozytora. Jednak absolutnie nie przeszkadzało to w odbieraniu całego filmu, bo takie odczucie miewałem bardzo rzadko i w czasie mało absorbujących scen. Dźwiękowe „komentowanie” wydarzeń w Wyznaniach gejszy jest perfekcyjne. Każdy ruch wachlarza, spojrzenie, gest, ma swój dźwiękowy odpowiednik, co nadaje obrazowi niepowtarzalnego uroku. Mam na myśli zarówno orientalne, motoryczne tematy, w których kompozytor użył tradycyjnego japońskiego instrumentarium, jak i wzruszające frazy Perlmana i Yo-Yo Ma. Wszystkie utwory nie tylko idealnie pasują do filmu, ale i kształtują jego klimat. Absolutne mistrzostwo!

Być może jest to moja subiektywna ocena, bo oglądając dzieło Marshalla, zwracałem szczególną uwagę na muzykę. Ktoś odbierający film z większym dystansem, może tak przyzwyczaić się do bezustannie ciągnących się dźwięków, że przestanie na nie zwracać uwagę. Przypuszczam, że właśnie dlatego Williams nie otrzymał w tym roku Oscara. Nie chcę usprawiedliwiać Akademii, bo dalej uważam, że jej członkowie podjęli niewłaściwą decyzję nagradzając Gustavo Santaolallę za jego maksymalnie minimalistyczny, trzynastominutowy score z Tajemnicy Brokeback Mountain. Ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że te nieczęsto pojawiające się w filmie Anga Lee gitarowe dźwięki, mogły wzbudzić większe emocje niż piękne i oryginalne utwory Wyznań gejszy będące jednak tylko tłem. Ktoś powie – ale przecież tego wymagał film! Niestety, jury we wszystkich konkursach na całym świecie nigdy nie było i nie będzie do końca obiektywne.

Jeśli chodzi o warstwę techniczną partytury i jej dokładny opis, odsyłam do recenzji Rafała Mrozowskiego, z którym prawie całkowicie się zgadzam. Nie obniżałbym jednak oceny za nawiązania kompozytora do jego wcześniejszych dzieł, bo są one niewielkie. Słyszalny jest raczej charakterystyczny styl kompozytora, ale ale nawet on nie jest tak wyrazisty. Wyznania gejszy obok Monachium – ostatniej, równie znakomitej, choć znacznie trudniejszej w odbiorze kompozycji Williamsa, są w mojej opinii najoryginalniejszym dziełem artysty w ciągu ostatnich lat. Drobnym minusem jest jedynie zbyt częste powtarzanie tematu przewodniego, co można odczuć przy pierwszych odsłuchach muzyki na płycie. Jak na razie soundtrack XXIw. Gorąco polecam!

Muzyka na płycie: (5/5)
Muzyka w filmie: (5/5)

Recenzję napisał(a): Aleksander Dębicz   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Sayuri`s Theme - 1:31
2. The Journey to the Hanamachi - 4:06
3. Going to School - 2:42
4. Brush on Silk - 2:31
5. Chiyo`s Prayer - 3:36
6. Becoming a Geisha - 4:52
7. Finding Satu - 3:44
8. The Chairman`s Waltz - 2:39
9. The Rooftops of the Hanamachi - 3:49
10. The Garden Meeting - 2:44
11. Dr. Crab`s Prize - 2:18
12. Destiny`s Path - 3:20
13. A New Name... A New Life - 3:33
14. The Fire Scene and the Coming of War - 6:48
15. As the Water... - 2:01
16. Confluence - 3:42
17. A Dream Discarded - 2:00
18. Sayuri`s Theme and End Credits - 5:06

Razem: 61:12



Komentarze czytelników:

MaciekG:

Moja ocena:

Bardzo ciekawa i trafna recenzja. Bardzo czesto slucham "Memoirs Of A Geisha" i uznaje ja za jeden z najlepszych soundtracków mijającego roku, no i jest to bez wątpienia faworyt do przyszłorocznego Oscara. Z czystym sumieniem polecam fanom Williamsa i nie tylko, napewno bedzie sie podobac.

Tomek:

Moja ocena:

Taka mała uwaga: scherzo to nie typ tematu albo "gonitwy williamsowskiej" tylko termin muzyczny. Nie wiem też skąd tyle zamerykanizowanej składni w twoich tekstach (tym i poprzednich) - "hollywoodzki scoring", "theme" itp. Po co to? W bogactwie polskiego języka można wymyśleć tyle zamienników, po to wchodzę na polskie strony o muzyce filmowej żeby myślę nie czytać tego typu wyrażeń. Myślę, że większość czytelników serfujących po zagranicznych stronach o muzyce filmowej się ze mną zgodzi.

Balcerek:

Moja ocena:

Tomek jawi mi się niczym Wojewódzki z Idola...Taki surowy w ocenie recenzenta Rafalskiego, a pewnie przeciętny czytelnik (słuchacz) muzyki filmowej nie odróżnia scherzo od "gonitwy williamsowskiej".Pozdro!

Rafalski:

Moja ocena:

Zamienników i synonimów terminologii soundtrackowej… oj sorry, muzyki filmowej, tak dużo wcale nie ma: temat, melodia, motyw… do tego znam osoby, które wejdą w dyskusję, że motyw i temat to nie to samo… nie wiem skąd u mnie tyle tej zepsutej, kapitalistycznej zachodnio – makaronistycznej terminologii, taki już jestem, pisze jak czuje, so sue me

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Przepiękna płyta... A już myślałem, że Harry Gregson-Williams i jego "Królestwo Niebieskie" będzie jedynym scorem tego roku, który aż tak uwielbiłem :) Jednak jak widać gdzie dwa Williamsy tam dwa scory :D


  Do tej recenzji jest jeszcze 30 komentarzy -> Pokaż wszystkie