Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Mission: Impossible

09 Maj 2006, 09:11 
Kompozytor: Danny Elfman

Dyrygent: Artie Kane
Orkiestracje: Steve Bartek, Mark McKenzie, Edgardo Simone

Rok wydania: 1996
Wydawca: Point Music

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Mission: Impossible

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Wielko ekranowa adaptacja kultowego serialu lat `60 Mission: Impossible, nakręcona w 1996 roku pod przewodnictwem reżyserskiego oka Briana De Palmy, od samego początku była skazana na sukces. Było wiadome, że nawet jeśli film ten okazałby się spektakularną „szmirą” i tak zarobi krocie na widzach ciekawych efektu pracy ekipy nad tym oczekiwanym *remakiem – samo logo MI było swoistym finansowym gwarantem. Zgodnie z przypuszczeniami, pieniądze obraz ten zarobił naprawdę bardzo konkretne (nie mając jednak szans na miejsce pierwsze w Box Office, zresztą nikt nie miał na to wtedy szans w starciu z Dniem Niepodległości, choć MI był pierwszym obrazem w Stanach, wyświetlonym jednocześnie w 3000 kin), lecz szmirą zdecydowanie się nie okazał. De Palmie wyszło chyba to, co wydawało się faktyczną „misją niewykonalną” – stylowy i błyskotliwy film szpiegowski z atmosferą rodem z czasów „zimnej wojny”. Bardzo udana kreacja Toma Cruise`a wywindowała go na same szczyty Hollywoodzkiego firmamentu a grupa świetnych aktorów mu towarzyszących (Jon „Papież” Voiht, Emmanuelle Béart czy Jean Reno) sprawiła że film ten oglądałem z równie wielkim zainteresowaniem nie tylko za pierwszym razem w kinie, ale także podczas tych kilkunastu kolejnych już w domowym zaciszu. Zresztą zagmatwana fabuła (zbyt zagmatwana jak na skromnego 14latka, którym w owym czasie byłem) nie pozwoliła mi dostrzec wszystkich niuansów tej historii podczas pierwszej projekcji. Dodam też, że ogromne wrażenie zrobił na mnie pochodzący z tego obrazu dźwięk. Był to rok `96 a kina oferujące dobrodziejstwa brzmienia przestrzennego, będącego już pewnym standardem na świecie, u nas wciąż były luksusem i rzadkością. Dlatego tym większe było moje zadowolenie z faktu otwarcia jesienią 1996 roku odnowionego warszawskiego kina „Femina” wyposażonego w chyba pierwsze w naszym kraju, certyfikowane nagłośnienie systemu Dolby Digital. Tak wiec znakomicie rozłożony „sound” Mission: Impossible (robiący wrażenie swą szczegółowością nawet dziś) rozpoczął moje zainteresowanie technologiami dźwięku przestrzennego. Partytura natomiast, jaką tu usłyszałem rozpoczęła daleko jak widać idące w skutkach, poważne zainteresowanie muzyką filmową.

Tak naprawdę pierwszym soundtrackiem jaki w życiu kupiłem był … Disney`owski Goofy Movie (muz.: Cartel Burwell), lecz dopiero kolejne zakupy: Mission: Impossible oraz The Rock (Zimmer i spółka) doprowadziły do tego pewnego „uzależnienia” od muzyki filmowej. Wpływ The Rock jednak był znikomy (album ten, nie podobał mi się zupełnie), za to gigantyczne wrażenie zrobiło na mnie te 12 minut instrumentalnego score, który usłyszałem na komercyjnym wydaniu „inspired by”. Pełne wydanie tej „Elfmanowskiej” partytury nakładu Point Music, które tutaj opisuję usłyszałem dopiero kilka lat później i to ono powinno być przedmiotem Waszego zainteresowania. Mimo to wydanie komercyjne jest też warte uwagi ze względu na niezły remix głównego tematu Mission: Impossible którego realizacji w kilku wersjach podjął się Larry Mullen i Adam Clayton, oraz bardzo trafne miksy fragmentów instrumentalnych kompozycji Elfmana, będącego na tej płycie jednak niestety w zdecydowanej opozycji do natłoku zupełnie przypadkowych piosenek.

Zanim przejdę do opisu tej niezwykłej pracy, winien jestem wspomnieć, że Elfman nie był związany z tym projektem od samego początku. Tak naprawdę „wskoczył” on na „pokład” realizatorów MI „za pięć dwunasta”. Brian De Palma początkowo do stworzenia partytury zatrudnił Alana Silvestri, jednak kilkanaście tygodni przed premierą filmu … go po prostu zwolnił. No cóż, gdybym na miejscu DePalmy dostał do ręki materiał, jaki skomponował Silvestri, także równie ochoczo bym go po prostu odwołał. Zgodzi się chyba ze mną pod tym względem każdy, kto słyszał rejected Alana, którego interpretację mogę tylko porównać z GoldenEye w wersji Eric`a Serra – poziom niedorzeczności i muzycznej niekonsekwencji stylowej tych kompozycji, jest zaskakująco podobny.

Mając na uwadze ekstremalnie krótki czas jaki miał do dyspozycji Danny, z jeszcze większym podziwem słucham jak fantastyczną i wielowymiarową muzykę udało mu się napisać. Pierwsza myśl jak by mogła przychodzić do głowy jest banalna – Elfman ma do dyspozycji nieśmiertelny temat Lalo Schifrina, więc wystarczy go zaaranżować w 25 różnych wersjach i po kłopocie. Nic bardziej mylnego. Bardzo oszczędne wykorzystywanie przez kompozytora głównego motywu, może na początku być zastanawiające, z drugiej strony pokazuje odwagę twórcy, który zadecydował postawić w 90% na własny oryginalny materiał. Co prawda kilkukrotnie pojawia się cztero nutowy „The Plot Theme” (też kompozycji Schifrina) jednak motyw ten jest na tyle mało znany i dyskretny, że większość słuchaczy nie będzie nawet w stanie się zorientować że to adaptowany fragment.

Więc jaką muzykę stworzył i nagrał w ciągu tych kilku tygodni Danny Elfman? Zdecydowanie ciemną i tajemniczą, doskonale współgrającą z filmem. To intrygująca symfonia, zahaczająca mocno o nurty współczesnej muzyki poważnej czy nawet awangardę. Zdecydowany minimalizm tematyczny oraz bardzo skomplikowana muzyczna „architektura” sprawia, że płyta ta jest bardzo trudnym materiałem.

Kompozytor wiele razy podkreślał w licznych wywiadach, że uwielbia aranżować i grać na instrumentach perkusyjnych. W Mission: Impossible pokazał do jak zdecydowanych i oryginalnych posunięć jest on w stanie doprowadzić. To już nie tylko same werble, bębenki, kotły czy blachy wyznaczają kierunek i dynamikę kompozycji – dochodzą do tego dzwoneczki, pałeczki, klocki, zegar z kukułką (!), elektroniczny bas… naprawdę ilość i jakość pomysłów jakie przewijają się przez nasze uszy jest porażająca.

Płytę oraz film otwierają perfekcyjne fanfary na werblach. Ten wspaniały dialog perkusyjnych instrumentów, oraz późniejsze wprowadzenie złożonego motywu „szpiegowskiego” który bardzo hojnie Elfman aranżuje w dalszej części projektu, pokazuje nam styl i specyfikę muzyki z jaką będziemy mieli do czynienia przez następną godzinę. Instrumenty po prostu ze sobą „rozmawiają”, delikatny *bas w tle dodaje atmosfery i polotu, natomiast sekcje smyczków są tylko wprowadzeniem do tego, co kompozytor wyprawiać będzie za chwilę z tą częścią orkiestry.

Utwór Red Handed oferuje na początku nowy motyw na fujarce, wraz z rozwojem kompozycji, słyszymy znany już z pierwszego tracku temat w bardziej rozwiniętej wersji. W zasadzie naprawdę trudno się zorientować co się dzieje, ponieważ Danny wprowadza taki zamęt że można się trochę zgubić. Rytm fenomenalnie prowadzą *smyczki, wspomagane przez trójkąt, powracający dźwięk kukułki, oraz głuchą harfę. Podobny klimat usłyszmy w kulminacyjnym The Heist, czyli we fragmencie ilustrującym spektakularne włamanie się zespołu Ethana Hunta do siedziby CIA. Tutaj znów słyszymy znane z pierwszych trzech tracków motywy lecz po minucie Elfman wprowadza osobny temat dla tej widowiskowej akcji, stanowiący dla mnie rytmiczną kwintesencję muzyki szpiegowskiej. Ciche słowne szepty, przy udziale rozmytego basu elektronicznego, rytmiczne altówki, które poprzedzają wejście dęciaków grających we wspaniałym marszowym tempie „temat szpiegowski”, z pięknymi *akcentami *beatu na werblach bębenku i smyczkach. W tym momencie wszystkie elementy przedstawione wcześniej, zlewają się w jedno tworząc pasjonujące słuchowisko (szalenie szybki, końcowy popis smyczków, trąbek i fletów doprowadzi do szaleństwa fanów inteligentnego i przemyślanego undersoringu). To właśnie po zapoznaniu się z częścią tego utworu, zamieszczonego na wydaniu „inspired by…”, byłem pewien, że chcę usłyszeć więcej tak ekscytujących i rytmicznych kompozycji.

Osobno trzeba wspomnieć o niesamowitej miniaturze muzycznej: The Disc. Kompozycję otwiera flet grający motyw The Plot Schifrina. Coraz mocniej wyczuwalny rytm akcentowany przez fagot, dzwoneczki, trójkąty i znany dźwięk zegara z kukułką prowadzi po przez coraz bardziej dynamiczne smyczki do większej intensyfikacji kompozycji. W rezultacie wchodzi wspaniały rytmiczny motyw na ksylofonie, który piękne *synkopując fenomenalnie „wymija” się z trąbkami. Numer ten jest równie błyskotliwy i emocjonujący co scena którą ilustruje.

Dużo bardziej dramatyczne i ciemne brzmienie odnajdziemy w szalonym Big Trouble. Mole Hunt wprowadza natomiast grany na bałałajce motyw „Praski” (początkowa akcja filmu dzieje się w czeskiej Pradze, nie licząc prologu w Kijowie). Utwór staje się coraz mroczniejszy, *dysonujące smyczki grające coraz wyższe rejestry jakby podnoszą ciśnienie i doprowadzają do niesamowitej muzycznej presji. To doskonała ilustracja narastającego gniewu i frustracji bohatera tej sceny, który podobnie jak muzyka – w końcu wybucha.

Nie samą akcją człowiek żyje, więc Danny Elfman zaproponował nam tu kilka spokojniejszych interpretacji. Są to utwory smutne, lecz niezwykle urodziwe. Pierwszy z nich, jaki spotkamy na swojej drodze to Love Theme?. Początkowo kontrabasy wyznaczają rytm, po chwili słyszymy delikatne skrzypce wykonujące przepiękny i poruszający motyw, który w rzeczywistości jest aranżem „tematu Praskiego” (melodia ta jest też słyszalna w klasycystycznych wersjach w Biblical Revelation i Menage a Trois oraz w Mole Hunt o którym przed momentem wspominałem). Moim osobistym ulubieńcem jest rewelacyjny Looking for Job. Schemat jest podobny jak w love Theme?. Altówki niczym stary drewniany zegar wyznaczają rytmiczny beat, któremu towarzyszą stonowane smyczki grające prosty temat. Po chwili utwór przyspiesza, do gry dołącza delikatna harfa, szybsze tempo akcentowane jest przez kontrabas poprzedzony prologiem trąbki. Zapętlony motyw zmienia tonację i puls w momencie gdy główny bohater znajduje to czego szukał (dla niezorientowanych w fabule filmu, „Job” nie oznacza tu w tym przypadku słowa „robota” lecz biblijnego Hioba). Następnie mamy równie wspaniały Betrayal (na wydaniu komercyjnym Claire, i to byłby właściwszy tytuł) - ogromnej urody fragment, z udziałem przejmujących smyczków i delikatnego, typowo „Elfmanowskiego” chóru, jest jednym z najmocniejszych punktów albumu.

Ale co ze słynnym tematem Mission: Impossible Lalo Schifrina zapytacie zapewne. Otóż możemy go na tym albumie usłyszeć dwukrotnie (w filmie jeden raz wiecej). Pierwsza wersja jest oczywista – ilustracja main titles wymagała od kompozytora wiernej aranżacji znanego wszystkim tematu. Mimo że nie różni się on zasadniczo od oryginału, Elfman także tutaj importuje kilka drobnych poszlak mówiących nam – „to ja, Elfman, Danny Elfman”.

Po raz drugi i ostatni, usłyszymy tą melodie w końcowej ilustracji widowiskowej bitwy na dachu pociągu TGW, w nowo wtedy otwartym Eurotunelu. Owej finalnej akcji filmu towarzyszą trzy tracki: Train Time, Zoom A oraz Zoom b z czego nawiązania do klasyki Schifrina zawiera jedynie ten ostatni. Wspomnieć warto o każdym z nich, ponieważ każdy oferuje coś niezwykłego. W Train Time usłyszymy potężny i „masywny” cztero nutowy „marsz pociągowy” rozpisany na trąby, po którym w bardziej stonowanych klimatach kompozytor przypomina nam tu swoje „skradające” się motywy szpiegowskie uzupełnione o nowy „pociągowy” materiał.

Pasjonujący finał to Zoom A i Zoom B. Cała sekcja instrumentów perkusyjnych w tym momencie wysuwa się na front, i z cała swoja mocą ilustruje szalone perypetie agenta Hunta. Zoom A to wariacja nad poznanym kilka chwil wcześniej tematem składu pociągowego TGW, natomiast prawdziwa szalona „jazda” zaczyna się w Zoom B, płynnie połączonym z poprzednim utworem. Zupełnie nowy temat jaki nam tutaj proponuje kompozytor to absolutna rewelacja i highlight albumu; dziś robi na mnie tak samo wielkie wrażenie jak 10 lat temu. Cicha perkusja w tle, agresywna sekcja dęta, wprowadzanie kilka motywów na raz, prawdziwa polifonia i czyste szaleństwo muzyczne. Wszystko wydaje się wymykać spod kontroli, lecz z „ratunkiem” przychodzi … Mission: Impossible Theme – ten kilkudziesięciu sekundowy aranż tematu Lalo Schifrina uważam za mistrzostwo w swojej klasie, i żałuję że Elfman trochę częściej nie uraczył nas taką wspaniałą symfoniczną ucztą.

Danny Elfman tą eksperymentalną i inteligentną pracą dowiódł, że nie ma dla niego misji niewykonalnych. Co prawda można tu usłyszeć szereg drobnych odniesień i pomysłów aranżacyjnych z innych kompozycji twórcy z 1996 roku (przede wszystkim pochodzących z kiepskiego Mars Attacks oraz miernego Frighteners), lecz to co w obu tych pracach okazało się lekką porażką, w Mission: Impossible brzmi intrygująco i oryginalnie (elementy kontynuacji tego stylu odnajdziemy też w Man In Black z 1997 roku). Osobiście nie rozumiem specjalnie powszechnej fali krytyki kompozycji Danny`ego, choć zdaje sobie sprawę, że album jest rzeczą trudną i skomplikowaną dla początkującego słuchacza, szczególnie niezaznajomionego z awangardowymi posunięciami Goldenthala czy właśnie Elfmana. Warto czasem spojrzeć na sprawę z trochę innej perspektywy i docenić ambitne prace twórców operujących tak wyszukanymi środkami muzycznego wyrazu jakimi dysponuje właśnie np.: Danny Elfman. Nie często się bowiem zdarza że Hollywoodzkie kino akcji ma tak awangardową partyturę z lekkimi nawiązaniami do klasyki szpiegowskiego kina lat `60 - `70. Najczęściej niestety słyszymy bezcelowe „tłuczenie” w stylu, jaki zaprezentował Zimmer komponując Mission: Impossible 2

Recenzję napisał(a): Rafał Mrozowski   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Sleeping Beauty - 2:28
2. Mission: Impossible Theme* - 1:02
3. Red Handed - 4:21
4. Big Trouble - 5:33
5. Love Theme? - 2:21
6. Mole Hunt - 3:02
7. The Disc - 1:54
8. Max Found - 1:02
9. Looking for `Job` - 4:38
10. Betrayal - 2:56
11. The Heist - 5:46
12. Uh-Oh! - 1:28
13. Biblical Revelation - 1:33
14. Phone Home - 2:25
15. Train Time - 4:11
16. Menage A Trois - 2:55
17. Zoom A - 1:53
18. Zoom B* - 2:54

Razem: 52:28

*zawiera „Mission: Impossible theme” komp. Lalo Schifrina



Komentarze czytelników:

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Klasyczny już Elfman, klasyczny film. I chyba najlepsza ilustracja muzyczna do całej serii, może konkurować jedynie z Zimmerem. Trójka to wg mnie duże rozczarowanie, co widać po pierwszych ocenach na zachodnich serwisach, ale to już dyskusja na inną reckę ;-)

Mefisto:

Moja ocena:

Zdecydowanie najlepsza misja muzyczna. Dla mnie piąteczka :D

Andy:

Moja ocena:

Jak dla mnie, najlepsza muzyka do filmu szpiegowskiego, jaka została kiedykolwiek napisana. Nie zgodzę się jednak z recenzentem, że jest ona trudna w odbiorze. Do mnie trafiła od razu :]

Rafalski:

Moja ocena:

Do mnie też trafiła odrazu te 10 lat temu mimo że nie słuchałem wtedy takiej muzyki, lecz nie każdy odbierze ją z taką "zwinnością" ;)

Ludi:

Moja ocena:

To jedna z tych kompozycja Elfmana, która w ogóle do mnie nie przemawia. Straszny "harmider", przerost formy nad treścią i już, jednak z szacunku jakim dażę Pana Elfmana postawię trójeczkę. Zimmer zdecydowanie lepszy, Giacchina jeszcze nie słuchałem.


  Do tej recenzji jest jeszcze 6 komentarzy -> Pokaż wszystkie