Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Here`s To The Heroes

01 Październik 2006, 11:12 
Kompozytor: The Ten Tenors
John Barry
Różni wykonawcy

Rok wydania: 2006
Wydawca: Warner Bros / Rhino

Muzyka na płycie:
Here`s To The Heroes

Odtwarzaj / Zatrzymaj

 Płytę dostarczyła firma:
Warner Music
John Barry... To nazwisko wywołuje i będzie wywoływać tyle kontrowersji ile nowy album, concept album, australijskiej grupy The Ten Tenors, który jest muzycznym hołdem złożonym twórczości Barryego. Ten weteran muzyki filmowej, którego najlepsze lata świetności już dawno minęły, próbuje podsumować udziałem w tym przedsięwzięciu swoją całą twórczość. Od wielu lat w branży krążyły plotki o zamiarze nagrania przez Barry`ego albumu z jego największymi hitami ale nie w wersji instrumentalnej, tylko wokalnej. Tak też się stało za sprawą „Here`s to the heroes”. To nie tylko kompilacja najbardziej znanych piosenek angielskiego kompozytora, ale i nowe, wokalne wersje tematów do epickich obrazów, takich jak „Out Of Africa” czy „Dances With Wolves”. Cały projekt doszedł do skutku dzięki pomysłowi Simona Franglena, producenta „My Heart Will Go On” z Titanica, a także piosenek Madonny czy Toni Braxton. Jaki jest tego efekt? Moja odpowiedź poniżej...

Ostatnie lata to dla Barry`ego powolne odchodzenie w niebyt, zamykanie za sobą pewnych rozdziałów kariery. Od 1997 roku Barry napisał muzykę zaledwie do czterech filmów, ale za to wydał dwa concept albumy i ukończył projekt, jakim był długo „dopieszczany” musical Brighton Rock na podstawie powieści Grahama Greena. W międzyczasie były jeszcze odrzucone nagrania pełnych scorów do Goodbye Lover (1999) oraz The Horse Whisperer (1997 – część to właśnie The Beyondness Of Things, jeden z ostatnich koncept albumów), a także wycofanie się z The Incredibles (2004) – jedynej i niepowtarzalnej szansy do powrotu na scenę muzyki filmowej. Widać wyraźnie, że Barry nie ma ochoty już na komponowanie niczego nowego, nie jest w stanie sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed współczesnymi kompozytorami dzisiejsza rzeczywistość show-businessu. „Chowa” się w „bezpiecznych” dla niego samego przedsięwzięciach takich, jak niedokończone musicale, czy koncept albumy, w których często powiela swoje wcześniejsze dokonania. „Here`s To The Heroes” to właśnie jedno z takich „bezpiecznych przedsięwzięć” – John Barry wespół ze swoim „nadwornym” tekściarzem Donem Blackiem, odgrzali po raz n-ty swoje evergeeny. Wydaje się, że to co powstało we współpracy The Ten Tenors i duetu Barry-Black to wzajemna pomoc artystyczna. Australijska grupa, która wykonuje w wersji pseudo-operowej bardzo zróżnicowany repertuar muzyczny, potrzebowała solidnego wsparcia dla swojego pierwszego albumu o światowym zasięgu. Doskonałe melodie Barry`ego z całego okresu jego twórczości wsparte inteligentnymi tekstami Blacka to świetny materiał do „obróbki”, a jednocześnie możliwość zaprezentowania się w klasyce muzyki popularnej. Dla Barryego i Blacka zaś to możliwość do ponownego zaistnienia na rynku muzycznym, odkurzenia zapomnianych już nieco kompozycji. Jednak to co powstało w wyniku współpracy jest moim zdaniem bardzo odważnym posunięciem, które wywołuje skrajne odczucia. Przede wszystkim nie każdy temat muzyczny pasuje do wykonania quasi-operowego. Ale przejdźmy do szczegółów...

Wykonanie muzyki powierzono Nicholasowi Doddowi – dyrygentowi współpracującemu z Davidem Arnoldem przy ostatnich Bondach, ale również znanemu z takich albumów jak 8MM i Where The Truth Lies Mychaela Danny, czy Stargate wspomnianego już Davida Arnolda. Dodd poprowadził 90-osobową London Symphony Orchestra, a wszyscy twórcy albumu, włącznie z producentami – Simonem Franglenem i Johnem Barrym i Donem Blackiem spotkali się na sesjach nagraniowych w Londynie w Abbey Road Studios. Na pochwałę zasługują przede wszystkim bardzo dobre aranżacje instrumentalne większości utworów. Jeśli zaś chodzi o partie wokalne, moim zdaniem należało tak wykorzystać głosy dziesięciu australijskich śpiewaków, żeby nie przesadzić z patosem wykonania, a jednocześnie wyzyskać pełnię możliwości jaką daje niepowtarzalny instrument, jakim jest przecież ludzki głos.

Na album składa się dwanaście utworów. Trzy z nich to stare-nowe kompozycje Johna Barry`ego i Dona Blacka – skomponowane w ostatnich latach (jeśli wierzyć słowom kompozytorów) oraz klasyki: You Only Live Twice, We Have All The Time In The World i – równie znane ale w nowej formie, bo w wykonaniu wokalnym - tematy z Out Of Africa („Places”) i Dances With Wolves („Here`s To The Heroes”) oraz Somewhere In Time. I na tych kompozycjach zamierzam się skupić, bowiem one stanowią rdzeń albumu. Barry od jakiegoś czasu pragnął tego aby jego klasyczne utwory zabrzmiały w wersji crossover – czyli quasi-operowym wykonaniu. Rzecz gustu. Według mnie to dosyć ryzykowne i karkołomne przedsięwzięcie. Nie każdy bowiem utwór nadaje się do wykorzystania w wersji wokalnej i to na dodatek w takim aranżu jak tutaj, czyli na 10 głosów. Sam Barry w jednym z dokumentów filmowych o muzyce do Bonda (Nobody Does It Better – The Music Of James Bond – z 1997 roku) wypowiedział się o tym, ileż to coverów powstało do jego kompozycji a jedną szczególnie zapamiętał, a była to jak sam to określił przesadzona i wypaczona wersja Midnight Cowboya na dwa fortepiany, zagrana ze wsparciem wielkiej orkiestry. Po prostu przerost formy nad treścią. Mam wrażenie, że Barry zapomniał o tym co powiedział parę lat temu... albo zmienił radykalnie swoje zdanie!!! Każdy człowiek zmienia opinie, ale myślę, że to jednak jest jakiś radykalny zwrot, może wywołany po prostu koniecznością dopasowania się do oficjalnej linii marketingu płyty TTT. I to jest największy problem tej płyty. Bo tak jak „nowe” piosenki można jeszcze wysłuchać bez żadnych reminiscencji, tak „covery” klasyków You Only Live Twice czy We Have All The Time... mogą budzić i budzą sprzeczne uczucia. Rozpisana w oryginale na skromne instrumentarium i kobiecy głos YOLT, tutaj wybrzmiewa w nader ekspresyjnej wersji. Jak się tego słucha? Hmmm, pierwsze wrażenie jest dziwne, potem przychodzi refleksja, że chyba ciut za dużo lukru jest w tym wykonaniu. To po prostu nie pasuje do Bonda. Szczęście, że cała piosenka nie jest zaśpiewana przez wszystkich dziesięciu „tenorów”!!! To zrujnowałoby całkowicie tę niepowtarzalną kompozycję. Podobnie rzecz się ma z „We Have All The Time In The World” – tutaj niestety nie nawiązano do genialnego wykonania oryginału. Jeden wokal prowadzi piosenkę, ale brak w tej wersji jakiegoś ducha, jest troszkę zmanierowany, przesłodzony, zwłaszcza w końcowej partii. Nie można się przyczepić do wykonania orkiestry, tak jak już wcześniej było wspomniane. We Have All The Time... ma też poważną wadę, ponieważ zaczyna się jak kołysanka, jak tania kolęda... niestety nie tędy droga.

Teraz czas na komplementy. Nie będzie ich wiele, ale jednak są jakieś jasne punkty tej płyty. Na dobre noty zasługuje „Places” – to wokalna wersja „Out of Africa”, pomimo, że głosy brzmią czasem trochę „płasko” to jednak ogólne wrażenie nie jest złe. Ozdobą końcówki jest miła dla ucha solówka na skrzypcach. Podobnie rzecz się ma z dostojnym i patetycznym „Here`s To The Heroes”, które o dziwo sprawdza się w wersji wokalnej (dotychczas można było wysłuchać HTTH jedynie w wykonaniu greckiego tenora Mario Frangoulisa). Somewhere In Time w oryginale jest już wystarczająco słodkie, a teraz gdy dodano do tego głosy to naprawdę nie wiadomo co o tym myśleć... Chyba jednak za dużo sentymentalizmu i ten chórek... To niestety nieudana adaptacja tego klasyka muzyki filmowej. Z nowych kompozycji Barryego i Blacka wszystkie trzy prezentują się całkiem strawnie ale mają ten nowoczesny, popowy feeling, który nie przystoi moim zdaniem takiemu kompozytorowi jak Barry. Zasługują na inne wykonanie. Just To See Each Other Again to pogodna ballada o typowej melodii dla Anglika, There`ll Come A Day to niestety gorszy jakościowo utwór a najlepszy zdecydowanie ze wszystkich jest Tick All The Days Off One By One – dramatyczny i z najlepszą melodią, bardzo dobrze zaśpiewany. Przypomina musicalowe kompozycje do Lolity Barry`ego i Lernera z 1971 roku. Niebagatelną rolę odgrywa tu też dobry akompaniament fortepianu i orkiestry. Pozostałe ścieżki to utwory innych kompozytorów, tak dobrane aby zaprezentować potencjał TTT. I tak, słuchamy muzyki z Les Choristes Bruno Coulaisa, Buongiorno Principessa Nicola Piovani z Życie jest piękne, Who Wants To Live Forever zespołu Queen i suity z Gladiatora. Niestety nie można powiedzieć o tych wykonaniach samych dobrych słów, jedynie na pochwałę zasługuje Les Choristes, który odpowiada nieco duchowi oryginału, ale reszta to zbyt przekombinowane wersje prawdziwych utworów.

Recenzja takiego kuriozum jakim jest album Here`s To The Heroes nie jest łatwym zadaniem. Również słuchanie tego albumu doprowadza do skrajnych emocji, zwłaszcza taką osobę jak ja, która dosyć dobrze zna pierwowzory muzyczne tych kompozycji. Niestety finalna ocena nie może być wysoka, a to z kilku powodów. Pierwszym z nich jest medium, jakiego użyto do wykonania kompozycji Barry`ego. Wybór The Ten Tenors to moim zdaniem lekkie nieporozumienie. Tak modne od jakiegoś czasu mieszanie gatunków, poprzez próbę nobilitacji typowo popowego repertuaru staje się niestrawne dla w miarę obeznanego słuchacza. Ta niby-nobilitacja ma polegać na wykonaniu muzyki przez wokalistów mających ambicje klasycznych śpiewaków operowych. Efekt – przesłodzone, nieodpowiadające duchowi oryginałów piosenki, które nie mają nic nowego i świeżego do zaproponowania. Jestem daleki od entuzjazmu Barry`ego i Blacka, którzy wyrażali się w samych superlatywach o wyniku swojej współpracy z dziesięcioosobowym teamem z Australii. To niby „odświeżające doświadczenie” moim zdaniem jest tylko nieudaną próbą odgrzania starych, dobrych klasyków muzyki filmowej. Jednak to nie wnosi nic nowego. Dosyć podsumowań, dosyć „kompilacji”!!! Czas na emeryturę na całego panie Barry, albo skomponować wreszcie jakiś nowatorski soundtrack. Ale tego nie doczekają się fani Anglika już chyba nigdy... Rozczarowałem się tym egzotycznym wydawnictwem, sądziłem, że Barry odejdzie już na zasłużony odpoczynek bez żadnego projektu. Niestety zrobił inaczej.

Recenzję napisał(a): Janusz Pietrzykowski   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Just To See Each Other Again
2. Les Choristes
3. Here`S To The Heroes (Dances With Wolves)
4. We Have All The Time In The World (Ohmss)
5. Buongiorno Principessa
6. There`Ll Come A Day
7. Places (Out Of Africa)
8. You Only Live Twice
9. Tick All The Days Off One By One
10. Who Wants To Live Forever?
11. Somewhere In Time
12. The Gladiator Suite (Now We Are Free & Il Gladiatore)

Razem: 49:28

Wykonuje: London Symphony Orchestra
Dyrygent: Nicholas Dodd
Wokale: The Ten Tenors



Komentarze czytelników:

Adam Krysiński:

Moja ocena:

Niestety muszę zgodzić się całkowicie z recenzją i opiniami oraz spostrzeżeniami w niej zawartymi. Wszystko co trzeba napisał wyżej Janusz, więc nie będę się powtarzał. PS: Freddie Mercury chyba się przewraca w grobie... Smutne...

Łukasz Remiś:

Moja ocena:
bez oceny

Płytę przesłuchałem pobieżnie, ale generalnie zgadzam się z Januszem, że całość jest przesłodzona. Jak dla mnie najlepsze utwory to: You Only Live Twice oraz Places. Natomiast wyjątkowo nie podoba mi się aranżacja Gladiatora.

Rafalski:

Moja ocena:
bez oceny

ja słyszałem tylko YOLT z tego albumu ... i chyba wiecej słyszeć nie chcę. Lekka profanacja.

Babuch:

Moja ocena:
bez oceny

Szanowny Panie Barry! Wiem, że jest pan wspaniałym kompozytorem, którego wkład w muzykę filmową bez wątpienia jest niepodważalny. Gdy słuchałem pana tematów z Tańczącego aż chciało mi się pisać o wspaniałości jaką potrafił pan uchwycić muzyką. Pańskie zasługi dla Jamesa Bonda są już legendarne. Niestety ostatnio odnoszę wrażenie że nie może pan znaleźć swego miejsca w muzyce? Czy zgubiła pana bezkompromisowość? Trudny charakter, czy po prostu wyczerpanie talentu? Nie wiem. Jednego za to jestem pewny: Szanowny panie Barry! Kończ waść, wstydu oszczędź…

Damian Sołtysik:

Moja ocena:
bez oceny

Albumu nie słuchałem i nie mam zamiaru go nabyć po tym co usłyszałem w próbkach utworów. Gdybym nie wiedział jak przedstawia się sytuacja to również ciskałbym gromy w stronę Maestro. Ale wiem, że jego udział w tym projekcie był symboliczny. Po pierwsze: Nie skomponował na potrzeby HTTH żadnego nowego utworu (te trzy "premierowe" kawałki to tak naprawde skomponowane ileś lat wcześniej i nigdy nie opublikowane na CD melodie, być może są to melodie z musicalu Little Prince And Aviator z 1982r, a może z któregoś z odrzuconych scoreów - tego nie wiem. Po drugie: Barry nie aranżował, nie orkiestrował ani nie produkował nic na potrzeby tego albumu. Najprawdopodobniej był tylko dobrym duchem i czuwał nad całością. Nie trzeba cytować Sienkiewicza i prosić Anglika aby przeszedł na emeryturę bo on już to zrobił. Tak naprawdę jego ostatnim celem, który sobie zaplanował było dokończenie musicalu Brighton Rock i to zrealizował w 2004r. Wiem, że na początku 2005r dostał trzy propozycje filmowe, lecz wszystkie odrzucił. Osobiście nie mam żadnych złudzeń, że on jeszcze coś skomponuje na potrzeby kina. Ten człowiek osiągnął absolutnie wszystko co dało się osiągnąć w branży filmowej - jest całkowicie spełniony i bez wątpienia już wypalony. Nie ma już żadnej motywacji do komponowania. Nie ma powodu, żeby użerać się w Hollywood i dopasowywać się do żądań tępych producentów, ani kopiować współczesnych amerykańskich przeciętniaków, których muzykę podłożono za temp-track. Barry jest wypalony ale także zbyt schorowany, kruchy i słaby fizycznie, żeby jeszcze cokolwiek skomponować. 28 września w Royal Albert Hall odbył się koncert jego muzyki na którym się zjawił, ale był zbyt słaby aby dyrygować English Chamber Orchestra, pomachał batutą tylko przy jednym utworze. Na zdjęciach z tego koncertu wyglądał bardzo źle, także miejmy dla niego trochę litości. Ostatnim poważnym, życiowym projektem jest dla niego wychowanie 12-letniego syna JonPatricka, ale pewnie i tego projektu nie będzie mu dane dokończyć.


  Do tej recenzji są jeszcze 4 komentarze -> Pokaż wszystkie