Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Krwawy teatr (Theatre of Blood)

15 Lipiec 2007, 11:30 
Kompozytor: Michael J. Lewis

Rok wydania: 1973/2000
Wydawca: Promotional Release

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Krwawy teatr (Theatre of Blood)

Odtwarzaj / Zatrzymaj

W obecnej dobie kinematografia nie rozpieszcza zbytnio miłośników groteski i czarnego humoru, dlatego warto sięgnąć do przeszłości, zwłaszcza do kinowej i telewizyjnej twórczości z Anglii. Wszak dumni synowie Albionu uważani są za niekwestionowanych mistrzów w tej dziedzinie, a kiedyś wiedli również prym w tworzeniu horrorów. Koronnym na to dowodem jest Krwawy teatr - obraz wypełniony smolisto wręcz czarnym humorem w najwyśmienitszym wydaniu, który doprowadzi niejednego wyposzczonego przez lata miłośnika tej formy rozrywki do prawdziwej ekstazy. Rekomendacją niech będzie także odtwórca głównej roli – Vincent Price, jedna z największych legend gatunku horroru, człowiek o niezwykle niepokojących rysach twarzy, obdarzony przeszywającym spojrzeniem i głębokim jak studnia głosem, którego w naszym kraju wiele osób wciąż pamięta z emitowanych w polskiej TV na początku lat 90-tych, wysmakowanych plastycznie adaptacji prozy Edgara Alana Poe dokonanych przez Rogera Cormana. Price gra w Krwawym teatrze Edwarda Lionhearta, uznanego za zmarłego aktora wybitnie specjalizującego się w kreacjach szekspirowskich, mszczącego się słodko i okrutnie na londyńskich krytykach teatralnych, którzy przed laty notorycznie docinali mu w swych recenzjach i pozbawili go prestiżowego wyróżnienia Aktora Roku, przyznając je nieopierzonemu młokosowi. Aktor inspiracji szuka oczywiście w sztukach Szekspira, mordując wg scenariuszy jego klasycznych sztuk. Pomijając już walory komiczne tej produkcji, jest ona dającą do myślenia i wyjątkowo przekonującą przestrogą dla każdego osobnika parającego się zawodem recenzenta.

Jednym z elementów filmu, wobec których nie sposób przejść obojętnie, jest dość wyraźnie odstająca od konwencji ilustracja muzyczna walijskiego kompozytora Michaela J. Lewisa. Nie poszedł on w ślady weteranów gatunku: Lesa Baxtera czy Benjamina Frankela, lecz postanowił zilustrować ten komediowy horror na swój własny sposób. Walijczyk ma bardzo charakterystyczny styl komponowania. W jego pracach często gości symfoniczna liryka z małą domieszką jazzu i popu. Ma on skłonności do stosowania w muzyce dramatycznej barokowych elementów, a także pisania muzyki akcji o militarnym zacięciu. Wszystko to znajdziemy w ilustracji Krwawego teatru. Największą atrakcją dzieła Lewisa jest bez wątpienia powtarzający się kilka razy temat tytułowy – to jedna z tych melodii, które raz zasłyszane ciągną się za słuchaczem przez długi czas, nie dając o sobie zapomnieć. Temat jest pełen melancholii i żalu, ale daleko mu do kolorystycznej jednostajności, dzięki przekazywaniu melodii w kolejnych powtórzeniach różnym instrumentom o dość specyficznych barwach brzmienia, jak mandolina i fletnia. Szczególne wrażenie robi połączenie warstwy muzycznej i wizualnej w czołówce filmu, gdzie temat główny towarzyszy wyblakłym, czarno-białym kadrom ze starych adaptacji sztuk Szekspira zachęcając widza do refleksji. Muszę z uznaniem dla Michaela J. Lewisa przyznać, że z tak świetną harmonią spotkamy się podczas oglądania filmu niejeden raz. Zdarza się, że efektywność ilustracji Walijczyk osiąga w mało wyrafinowany sposób, np. rytmicznie bawiąc się perkusjonaliami w stylu znanym już z Wariatki z Chaillot, ale za to z pewnym rozwinięciem swoich koncepcji.

Choć Lewisowi należy się minus za powtórki i stylistyczne nawiązania do swych poprzednich dzieł, warto zauważyć, iż twórca ten rozwinął swój warsztat przez kilka lat kariery. Nie boi się sięgać po atonalną muzykę, zwinnie posługuje się dużą orkiestrą symfoniczną a także umiejętnie dobiera instrumenty, aby wywołać u widza pożądaną w danym momencie emocję. Niestety inteligencję i doświadczenie Lewisa można docenić jedynie oglądając obraz Douglasa Hickoxa. Dotyczy to także zdecydowanie najlepszego muzycznego epizodu. Mam na myśli nokautującą widza scenę chirurgicznej dekapitacji krytyka teatralnego przez Lionhearta. Efekt połączenia muzyki z obrazem jest po prostu rozbrajający. Otóż tej makabrycznej scenie towarzyszy romantyczna sielska melodia umyślnie wywołująca skojarzenia z ilustracją serialu Doktor Kildare. Za ten pomysł Michaelowi Lewisowi należą się owacje na stojąco, ale także… gromy za lenistwo, bo ni stąd ni zowąd melodia ta pojawia się w innej scenie, gdzie zostaje ona przechrzczona jako temat Edwiny – córki Edwarda Lionhearta.

O ile do funkcjonalności muzyki w filmie nie można się przyczepić, to poza obrazem nie potrafi się ona należycie obronić. Tylko w kilku przypadkach służy ona za swobodne i błyskotliwe uzupełnienie obrazu, najczęściej będąc dokładnym powtórzeniem tego, co aktualnie dzieje się na ekranie – w pewnej części kompozycji przekłada się to na niską słuchalność. Lewisowi zdarzają się fragmenty świetnego, klimatycznego underscore gdzie umiejętnie zagęszcza on atmosferę, lecz przepadają one w nawałnicy jednakowoż uciążliwej w odbiorze atonalnej i komicznej muzyki. Problemem w odsłuchu jest też spory stylistyczny rozrzut zarówno między następującymi po sobie kompozycjami, jak i poszczególnymi sekwencjami instrumentalnymi. Michael J. Lewis raczy nas staroświecką, barokową symfoniką by po chwili przeskoczyć do klimatycznych, kameralnych partii z użyciem wibrafonu. Śmiertelnie poważna symfoniczna awangarda ustępuje miejsca seksownemu, frywolnemu jazzowi. Ponadto ilustrując kilka scenek makabrycznych, rytualnych mordów z szekspirowskich dramatów Walijczyk starał się być wierny czasowym i miejscowym realiom oraz dopasować muzykę do teatralnej scenografii, co skutkuje odczuwalnymi podczas odsłuchu brakami w spójności. Co ciekawe, kolejne ilustracje pozbawione już były tej przypadłości, a artysta niekiedy wręcz przesadnie starał się o jednolitość stylistyczną swoich prac, co czyniło je przeraźliwie nudnymi (vide Akcja na Morzu Północnym).

Jak już wspomniałem, aby docenić klasę i talent Michaela J. Lewisa jako kompozytora filmowego należy najpierw obejrzeć filmy opatrzone jego muzycznymi ilustracjami. Bez tego naszą jedyną reakcją na znaczny wycinek jego twórczości będą słowa: jeden temat a potem długo długo nic. Wycinek w postaci takich ilustracji jak The Passage czy North Sea Hijack. Choć może omawiany *score to trochę więcej niż tylko jeden świetny temat, lecz to wciąż stanowczo zbyt mało bym mógł z czystym sumieniem zachęcić miłośników muzyki filmowej do sięgnięcia po Krwawy teatr. Zamiast tego gorąco polecam zaopatrzyć się w znakomitą kompilację Michael J. Lewis Film Music, na której wśród rewelacyjnych tematów z filmów: Wariatka z Chaillot, The Passage i Juliusz Cezar znajdziemy część ilustracji Krwawego teatru. Kilka utworów tam zamieszczonych jest niemal doskonałą esencją tego score`u i w zupełności satysfakcjonującą prezentacją zawierającą najwartościowsze kompozycje. Zaś niniejszy album polecam jedynie wiernym, nielicznym w naszym kraju miłośnikom twórczości Michaela J. Lewisa.

Recenzję napisał(a): Damian Sołtysik   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Main Theme - 02:45
2. Ides Of March - 03:29
3. Oh Parden Me, Thou Bleeding Piece Of Earth - 00:51
4. Friends, Romans, Countrymen - 02:36
5. The Dragon Wing Of Night - 01:22
6. The Trojan Trail - 01:06
7. Master Of The Killing Phrase - 00:51
8. Fear No More The Heat Of The Sun - 01:12
9. Cymbeline - 03:48
10. Sexy Lips & Swinging Hips - 01:10
11. A Pound Of Flesh - 01:51
12. To Be Or Not To Be - 02:08
13. Now Is The Winter Of Our Discontent - 01:31
14. Here Clarence Comes - 01:33
15. Drown In A Butt Of Wine - (00:58
16. Paritta Of Blood - 01:30
17. Alive In Triumph - 03:19
18. Fugato - 01:30
19. I`M So Glad You`Ve Come - 03:19
20. Flame With Ash Highlights - 03:14
21. Edwina`s Theme - 02:23
22. Where Are My Doggy Woggies? - 01:49
23. Come Fire, Consume This Petty World - 07:27
24. He Did Know How To Make An Exit - 02:15

Razem: 41:03



Komentarze czytelników: