Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Człowiek w ogniu (Man on Fire)

02 Październik 2004, 18:09 
Kompozytor: Harry Gregson-Williams

Rok wydania: 2004
Wydawca: Varese Sarabande

Muzyka na płycie:
Człowiek w ogniu (Man on Fire)

Przyznam od razu na początku, że bardzo lubię Pana Gregsona – Williamsa. Cenię tego twórcę za te kilkanaście płyt, które oczarowały mnie od pierwszych nut – od „Antz” zaczynając, a na fenomenalnym „Sinbadzie” kończąc. Tekst ten więc nie jest żadną formą „degradacji kompozytorskiej”; ja naprawdę bardzo chciałem aby najnowszy projekt opisywanego twórcy: „Man on Fire” okazał się przynajmniej przyzwoitą partyturą. Niestety to co usłyszałem, zdruzgotało mnie kompletnie.

Film opowiada dość dramatyczną i brutalną historię. Tytułowy „Man on Fire” to John Creasy (Dezel Washington), były zabójca na usługach CIA, który przyjeżdża do Meksyku, aby stać się ochroniarzem córki wpływowego businessmana. Niestety dziewczynka (z którą się zaprzyjaźnił) zostaje porwana. Wściekłość bohatera jest wielka, zamierza on zabić każdego kto miał jakikolwiek związek z tym porwaniem i nikt nie jest w stanie go powstrzymać. W tej całej historii musiał się odnaleźć Harry – Gregson, i skutecznie oprawić ją odpowiednią muzyką.

„Man on Fire”, to nie pierwsza współpraca wspomnianego kompozytora, z reżyserem: Tonny`m Scott`em. Wcześniej Williams stworzył dla niego świetną partyturę do filmu „Spy Game”, w której błyskotliwie połączył ostrą elektronikę z orkiestrą symfoniczną. Można wspomnieć też o „Wrogu Publicznym” lecz przy tym filmie Gregson, współpracował z Trevo`rem Rabin`em (z miernym efektem trzeba powiedzieć).

Spodziewałem się więc powrotu do stylu, jaki nam został zaprezentowany w „Spy Game”, i w pewnym sensie się nie myliłem. „Man on Fire” jest przepełniony elektroniką, przez którą przedziera się lekka orkiestra, jednak w odróżnieniu od pełnego ciekawych tematów „Zawodu Szpiega”, „Man on Fire” nie oferuje nam tak wspaniałej feerii motywów; tak w zasadzie jest on praktycznie zupełnie pozbawiony jakiegokolwiek charakterystycznego tematu. Elektronika jaką słyszymy, to ostra sieczka, czasem w stylu ostrego rocka, czasem w stylu zwykłego techno-disco („The Rave”). Słucha się tego tragicznie (co chyba ze ktoś lubi takie klimaty). Ostrzegam: kilkukrotnie można dostać zawału serca, proszę się przygotować psychicznie podczas słuchania tracku „Main Title”. Ja naprawdę bardzo lubię nowoczesne łączenie elektroniki z symfoniką, jednak trzeba to robić umiejętnie i ostrożnie. Po prostu ręce (i uszy) mi opadają kiedy słyszę coś takiego jak „Man on Fire”. Przez to wszystko próbują się przebić liryczne *smyczki i partie fortepianu, jednak smyczki brzmią smętnie i aż nadto „Media Venturowsko”, a rozpisanie fortepianu przypomina zwykłe „plimkanie”. Kilkukrotnie można zaobserwować zwykłe zerżnięcia stylu lub całych melodii od John`a Powell`a („Sanches Family”, brzmi niebezpiecznie podobnie jak niektóre fragmenty score`u z: „Italian Job”)

Najciekawiej brzmią partie z Meksykańską gitarą klasyczną (ale irytują prawie identyczną aranżacją za każdym razem), oraz dwie piosenki: „Una Palabera” i „Angel Vengador”. Całkiem znośnie słuchało mi się także utworu „The End”, w trakcie którego usłyszeć można głos Lisy Gerrard, lecz... Ile razy można słuchać niemalże tych samych wokaliz wspomnianej pani; to już naprawdę zaczyna się robić rutyna.
Zaskakująco dobrze brzmi remix tematu głównego (chyba można uznać to za temat główny) który został zaprezentowany na samym końcu albumu.

Płytę wydało Varese Sarabande, i co ciekawe trwa ona ponad... 60 minut (!!!) coś niespotykanego. Szkoda tylko, że Varese wydaje długie wersje kiepskich soundtracków, obcinając najbardziej ciekawe prace, do 30 minut.

Podsumowując, nie wątpię, że muzyka ta fenomenalnie współgra z tym zapewne brutalnym filmem, jednak w oderwaniu od niego, jest narzędziem tortur dla uszu. Partytura ta powinna chyba być dramatyczna i brutalna, jednak osiąganie takich celów, drażniącymi syntezatorami, smętną sekcją smyczkową i bezdusznym fortepianem, to naprawdę zły pomysł. Brak jakichkolwiek tematów, absolutne zero pomysłu na ten album i „prostytucja” aranżacyjna jakiej dopuścił się Williams, skreśla totalnie tą płytę z mojej playlisty.
Zamiast wydawania pieniędzy, na ten *score (najgorszy jaki słyszałem od dobrych 2 lat), radzę sięgnąć po o wiele ciekawsze i oryginalniejsze: „Rundown”, „Veronica Guerin” czy nawet „Phone Booth” (z którego notabene Gregson tutaj dużo pomysłów zwyczajnie ściąga). Pozostaje mieć tylko nadzieje, że Harry wkrótce pokaże klasę i pomysłowość (jaką usłyszeliśmy w niedawnym „Sinbadzie”), abyśmy mogli jak najszybciej zapomnieć o tej płycie.

Recenzję napisał(a): Rafał Mrozowski   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:


Lista utworów:

1. Una Palabra – (śpiewa: Carlos Varela) - 1:19
2. Main Title - 3:05
3. Taxi - 0:53
4. El Paso - 0:41
5. Creasy`s Room - 0:34
6. The Rave - 4:23
7. Pita’s Sorrow - 1:47
8. Nightmare - 1:06
9. Bullet Tells The Truth - 1:36
10. Followed - 1:02
11. Smiling - 0:48
12. You Are Her Father - 1:45
13. No Mariachi - 0:43
14. The Drop - 2:58
15. Angel Vengador – (śpiewa: Gabriel Gonzalez) - 1:22
16. You Betrayed Me - 1:25
17. She’s Dead - 0:43
18. The Crime Scene - 0:57
19. Pita’s Room - 1:48
20. Gonzalez - 1:57
21. La Niña - 1:49
22. Creasy`s Art is Death - :54
23. The Voice - 2:59
24. Sanchez Family - 4:45
25. The Rooftop - 5:07
26. The End Music – (śpiewa: Lisa Gerrard) - 9:34
27. Man On Fire Remix by Hybrid - 3:41

Razem: 60:15



Komentarze czytelników:

darek:

Moja ocena:

Man on Fire jest to mądre score ,trudne ale piękne .Jest kierowane tylko dla fanów tego kompozytora.Jeśli ktoś nie rozumiał ENEMY OF THE STATE ,THE FAN ,VERONICA GUERIN tutaj też niczego dla siebie nie znajdzie.Harry jak zwykle stworzył bardzo oryginalny score z wielkim przesłaniem ,a utwór z Lisą Gerrard powala!!!!! I następnym razem niech recenzent ,który nie lubi/rozumie muzy H G-W po prostu jej nie ocenia!!!!

sans:

Moja ocena:

Darek nie bądz taki bezkrytyczny... fakt jest taki, ze nie jest to najlepszy score Harryego...

mtomasky:

Moja ocena:

Obawiam się, że recenzent nie zrozumiał partytury HGW. Niestety, w tym celu należałoby najpierw zobaczyć film. Tak, to jedna z tych partytur, które trzeba usłyszeć w kontekście, żeby zrozumieć poza nim. Muzyka jest znakomita. Buduje napięcie i pokazuje, że ostra elektronika czasami ma sens. To nie jest tradycyjny score typu Media Ventures, mimo ostrej elektroniki, itd. Uważam, że partie fortepianowe i smyczkowe mają emocjonalny charakter i wspomagają związek Creasy i Pity (najważniejszy utwór: You Are the Father). Drugim problemem jest zapewne wydanie Varese Sarabande, które zawiera za dużo piosenek. Ja swoją ocenę opieram na wersji dostępnej na iTunes, gdzie jest tylko jedna piosenka i dużo więcej score, w tym znakomite Kidnapping.

Rafalski:

Moja ocena:

Trochę więcej obiektywizmu może??. Płytę oceniać trzeba, głównie w kategoriach poza obrazowych, a w tej Man on Fire prezentuje się fatalnie. Nie ma tu co rozumieć, płyta jest tendencyjna, niesłuchalna, bezczelna i zalatuje żałosną papką MediaVenturowską. Najgorszy album na rynku od czasu „Piratów z Karaibów”.

Łukasz Remiś:

Moja ocena:

Zgadzam się z Rafałem - wyjątkowo nędzny soundtrack. Taka elektroniczna papka i bardzo "oszczędnie" wykorzystana orkiestra, w dodatku z typowo MediaVenturowswkimi orkiestracjami. Jakieś takie dziwadło, do którego nie wiadomo z której strony się zabrać. Harry ma na swoim koncie wiele znacznie, znacznie lepszych kompozycji. A porównywanie tej płyty z "Enemy of the State" jest raczej nie na miejscu. To zupełnie inna klasa. Tamten soundtrack był na prawdę dobry. W dodatku tam Gregson współpracował z Trevorem Rabinem.


  Do tej recenzji jest jeszcze 14 komentarzy -> Pokaż wszystkie