Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  
 








Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Transformers

28 Październik 2007, 12:33 
Kompozytor: Steve Jablonsky

Dyrygent: Nick Glennie-Smith
Orkiestracje: Bruce Fowler, Elizabeth Finch, Walt Fowler, Rick Giovinazzo, Penka Kouneva i Ken Kupler
Muzyka dodatkowa: Lorne Balfe, Clay Duncan

Rok wydania: 2007
Wydawca: Warner Bros

Muzyka na płycie:
Muzyka w filmie:
Transformers

Odtwarzaj / Zatrzymaj

Jednym ze stałych członków Remote Control (ex-Media Ventures), jednym z protegowanych Hansa Zimmera jest Steve Jablonsky. Jego debiut muzyczny w Hollywood dawał mu szansę wybicia się ponad zwykłą przeciętność, z jaką obecnie ilustruje się muzykę do filmów grozy. Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną w 2003 roku okazał się typową ilustracyjną tapetą. Nie inaczej było z dwoma kolejnymi horrorami w jego dorobku – Amityville (2005) i Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną: Początek (2006). Pewnym przebłyskiem talentu kompozytora, swego rodzaju wskazówką, że stać go na twórczą inwencję była japońska animacja Steamboy z 2004 roku. Jednak rok później ilustracja do wysokobudżetowej produkcji w reżyserii samego Michela Baya Wyspa, która miała na stałe otworzyć furtkę Jablonsky`emu do grona kompozytorów z trochę wyższej półki, zatrzasnęła się przed nim po całkowitej porażce tej partytury. A jednak, gdy 27 lipca 2007 roku Michael Bay zaprezentował swoje nowe gigantyczne widowisko Transformers, kosztujące aż 150 mln dolarów, na pewno niejeden fan muzyki filmowej był zaskoczony faktem, że reżyser właśnie Jablonsky`emu dał szansę na zilustrowanie tego molocha.

Sesja nagraniowa odbyła się w maju 2007 roku. Ciekawostką niech będzie fakt, że 66-osobowa *sekcja smyczkowa „pracowała” w ciągu dnia, zaś 18-osobowa sekcja dęta blaszana w nocy. 6-osobowa ekipa perkusistów z arsenałem kotłów, bębnów, w tym taiko oraz wojskowych werbli także nagrywała swój podkład osobno. Całość została później zmontowana razem przez Alana Meyersona i Ramiro Belgardta. Na potrzeby filmu Steve Jablonsky napisał aż 6 tematów wiodących, zaś całość partytury obejmowała ponad 90 minut muzyki. Ponieważ klasyczna piosenka przewodnia z serialowo-animowanych Transformersów nie pasowała do komputerowo generowanych Autobotów i Decepticonów, postanowiono, że Jablonsky przearanżuje ją od podstaw, uwspółcześni ją w ten sposób, aby mogła znaleźć miejsce w filmie – przy napisach końcowych. Zanim *score album ujrzał światło dzienne 9 października 2007 roku, miesiąc wcześniej na rynek wypłynęła wersja promocyjna zawierająca ponad pół godziny muzyki ilustracyjnej. Od razu trzeba powiedzieć, że partytura ta nie stanowiła tylko skróconej odmiany albumu komercyjnego (niestety, część kompozycji tematycznych wycięto); zawarty został tam bowiem także materiał obecny na score albumie, choć niejednokrotnie w nieco innych *orkiestracjach oraz zupełnie nową bazę tematyczną, która nadaje się idealnie do omówienia przy odrębnej recenzji. Wspomnę jeszcze o rozszerzonym *bootlegu z prawie 78 minutami „original score”, gdzie mamy niemal całość stworzonej partytury. Recenzja poniższa skupi się na godzinnym wydaniu podstawowym z dnia 9 października nakładem Warner Bros.

Zanim podejmę się przybliżenie bazy tematycznej partytury, należałoby powiedzieć parę słów o jej oryginalność i charakterze. Z pewnością, każdy uczulony na punkcie kopii twórczości innych kompozytorów (dyplomatycznie mówiąc – inspiracji) może mieć problemy, by odczuwać pozytywne emocje w obcowaniu z tą płytą. Dominującym elementem w tej ilustracji nie jest bowiem Steve Jablonsky, lecz Hans Zimmer, Trevor Rabin, Harry Gregson-Williams, Klaus Badelt, a nawet Thomas Newman. Samego Jablonsky`ego jest najmniej. Podobnie bywało z niektórymi partyturami Briana Tylera (choćby Annapolis). To wszystko wygląda tak, jakby Bay przygotował dla Steve`a płytotekę twórczości tych kompozytorów i polecił mu wiernie trzymać się narzuconego szablonu – czyli taki temp-track poddany kosmetycznej obróbce. Dla kogo ten aspekt nie jest istotny, obcowanie z tą bez wątpienia melodyjną, głośną i triumfalną ilustracją może dostarczyć solidnej porcji rozrywki. Podobny był przecież problem z oryginalnością (a raczej jej brakiem) u Klausa Badelta w Piratach z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły.

Druga sprawa to orkiestracja. Z pewnością podkreśla potęgę brzmienia orkiestry symfonicznej i chóru, jest pełna triumfalizmu, militaryzmu i amerykańskiego patosu. Jednak przez niemal godzinę całość brzmi cały czas tak samo. Zmiany są zaledwie kosmetyczne. Ogranicza to bardzo wykrzesanie z poszczególnych kompozycji większych emocji, czy też swobodne balansowanie barwą. To poważne uchybienia. Dziwi fakt, że rozpisanie ilustracji na poszczególne sekcje instrumentów spoczęło na barkach aż 6 orkiestratorów, w tym weterana Bruce`a Fowlera. Po prostu nie słychać wkładu ich pracy. Alan Silvestri bywa krytykowany (nie przeze mnie) za powtarzalność niektórych rozwiązań stylistycznych i tematycznych, ale zawsze chwalono jego bogatą i nienaganną orkiestrację. Tutaj nie ma nawet tego. Co bardziej wrażliwi, mogą poczuć znużenie nim minie pierwsza połowa albumu.

Z czego zatem składa się baza tematyczna Transformersów? Główną rolę odgrywają oczywiście dwie rasy potężnych robotów toczących między sobą wojną (Ziemia to tylko kolejne pole bitwy) – dobre Autoboty i złe Deceptikony. Od pierwszych minut słychać, że Steve Jablonsky postawił na potęgę brzmienia i nadmiar testosteronu. Mamy to niemal „podane na tacy” w inaugurującym całość heroicznym, wzniosłym temacie marszowym Autobots. Rytmiczna sekcja smyczkowa utrzymywała stałe tempo, mocarne *waltornie rozwijały triumfalny hymn, zaś kulminację stanowiło „przybycie” masywnego chóru, który nadawał brzmieniu nie tylko epickiego rozmachu, ale też podkreślał bohaterstwo i solidarność z rasą ludzką w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Skoro są Ci dobrzy, nie mogło braknąć też „czarnych charakterów” – Decepticons: mroczny marsz, pełen basów i wybuchającej perkusji oraz tworzących niezwykły klimat ponury chór męski naprzemienne z kobiecym, który pojawiał się wszędzie tam, gdzie pojawiała się rasa Złych Robotów. Oczywiście w momencie, gdy następowała konfrontacja siłowa Transformersów, Jablonsky dokonywał sprawnej kompilacji obu tematów – Sam on the Roof lub podsumowującym całość No Sacrifice, No Victory.

Transformersi to nie tylko te dwa główne tematy – zwłaszcza pierwszy z nich, dla Autobotów, stanowił podstawę do napisania kolejnych dwóch – triumfalnego, wojowniczego tematu samych Autobotów. Stanowił on naturalne uzupełnienie ich postaci szczególnie w scenach akcji, gdzie temat epicki nie emanował dostateczną „siłą uderzeniową”. Jego brzmienie jest niemal wzorcowo „przepisane” z oryginału – rozbudowana sekcja smyczkowa, interesująco brzmiąca elektroniczna wiolonczela Martina Tillmana i chór, choć tym razem z dominującą rolę sekcji żeńskiej. Nad całością oczywiście czuwały dynamiczne perkusonalia. Zwłaszcza w Arrival to Earth brzmi on szczególnie atrakcyjnie, gdzie mamy do czynienia nawet z solowymi partiami chóru męskiego, podobnie prezentowanego w Wyspie. Zresztą połączenie obu tematów Autobotów w pigułce dawało niezwykły efekt. Szkoda tylko, że zaszwankowała orkiestracja znowu. Drugi temat, to melodyjna, smutna zarazem liryka rozpisana na pełną sekcję smyczkową oraz solowe partie Martina Tillmana. Uzupełniający całość chór, choć nie wybijał się na powierzchnię, stanowił odpowiednie podkreślenie epickości całej melodii – słuchać tu inspirację Hansa Zimmera i jego Karmazynowego Przypływu oraz Króla Artura. Typowe brzmienie *MV. Adekwatnymi przykładami tematu lirycznego są Bumbebee Captured i Optimus – w tym ostatnim Jablosnky posłużył się raczej rzadko używanymi u Baya zestawem instrumentów dętych drewnianych.

Elektroniczna wiolonczela Martina Tillmana w jakiś sposób uatrakcyjniała zbyt powtarzające się *orkiestracje poszczególnych kompozycji, nadając im bardziej emocjonalnego charakteru. Dobrymi przykładami takich rozwiązań niech będzie pełny subtelnego chóru, pulsującej w tle elektrycznej gitary, rytmicznych smyczków oraz prowadzącej melodii – tematu Autobotów The All Spark i Cybertron; podkreślającej tego mistycznego nieco klimatu świata robotów. Główny (ludzki) bohater Sam Witwicky (w tej roli Shia LaBoeuf) też dostał osobny, optymistyczny i żywiołowy temacik oparty na marimbie i gitarze oraz pulsującej perkusji, dodającej tylko lekkości głównej melodii, w którym kompozytor inspirował się tym razem twórczością Thomasa Newmana i jego American Beauty. Mnie przypominało to optymistyczne i nieco żartobliwe motywy, którymi nieraz posługuje się Trevor Rabin, choćby w Skarbie NarodówSam at the Lake i Withwicky.

Co ciekawe, kompozytor dla potrzeb demolującej wszystko wokół akcji stworzył osobny temat, uzupełniony dodatkowo postawą tematyczną – Soccent Attack, Scorponock, Downtown Battle, Sector 7, You`re a Soldier Now i Optmius vs. Megatron. Jablonsky dokonał tego modyfikując oba tematy Autobotów, podkręcając jeszcze bardziej siłę sekcji dętej blaszanej, uzupełniając całość konstrukcji pulsującą perkusją, samplami elektronicznymi i wszędobylskim chórem. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że choć brzmi potężnie, to autonomicznie nie prezentuje się zbyt okazale, nie dorównując tematom głównym. Z drugiej strony możemy usłyszeć w Sector 7 prosty temat akcji na sekcję smyczkową, wzorowany na Wrogu Publicznym Trevora Rabina i Harry`ego Gregson-Williamsa. W Downtown Batlle z kolei Steve popuścił wodze inspiracji i zaserwował nam motyw na puzony niemal żywcem wzięty w Batman – Początek Hansa Zimmera, zaś Scorponok to „zżynka” tematu Krakena z *sequela Piratów z Karaibów, też Zimmera.. Dobrze brzmią oba tematy Autobotów, zwłaszcza heroiczny oraz Decepticonów w towarzystwie tej dynamicznej ściany dźwięku i wciskającego się wszędzie chóru. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby zadbać o oryginalność brzmienia.

Jak można ocenić ten album? Na pewno nie grzeszy oryginalnością. Jeśli komuś podobały się takie partytury jak Karmazynowy Przypływ, Twierdza, The Peacemaker, Król Artur, trylogia Piratów z Karaibów i Armageddon i chciałby usłyszeć znowu to brzmienie poddane raczej kosmetycznym zmianom, to jest to płyta dla niego. Kto ceni oryginalność i chce posłuchać muzyki samego Steve Jablonsky`ego, to nie jest płyta dla niego. Ci ostatni będą także rozczarowani płytkością orkiestracji na płycie, co było szczególnie widać w tematach wiodących. Kto natomiast lubi muzykę akcji w stylu MV, z potężną orkiestrą i wszędobylskim chórem oraz prostymi w brzmieniu, melodyjnymi i epicko brzmiącymi tematami przewodnimi z pewnością znajdzie tu coś dla siebie. Pamiętajmy także, że Transformersi to album, gdzie elektronika nie odgrywa roli dominującej. Jest słyszalna za każdym razem, ale tylko w charakterze uzupełniającym. Pierwsza grupa słuchaczy oceni płytę w granicach 2 punktów, zaś Ci drudzy około trzech. Moje subiektywna ocena to trzy i pół punkta (pamiętam, że za Piratów z Karaibów Klausa Badelta dałem cztery, a tu jest nieco słabiej). Właściwie, to każda ocena tej płyty jest prawidłowa – kwestia oczekiwań odbiorcy i zaspokojenia ich.

Recenzję napisał(a): Szymon Jagodziński   (Inne recenzje autora)




Zobacz także:
Wczytywanie ...


Lista utworów:

1. Autobots - 2:35
2. Decepticons - 3:53
3. The All Spark - 3:36
4. Deciphering the Signal - 3:10
5. Frenzy - 1:58
6. Optimus - 3:17
7. Bumblebee - 3:59
8. Soccent Attack - 2:09
9. Sam at the Lake - 2:00
10. Scorponok - 4:58
11. Cybertron - 2:48
12. Arrival to Earth - 5:28
13. Witwicky - 1:59
14. Downtown Battle - 1:35
15. Sector 7 - 2:07
16. Bumblebee Captured - 2:19
17. You`re a Soldier Now - 3:29
18. Sam on the Roof - 2:04
19. Optimus vs. Megatron - 4:01
20. No Sacrifice, No Victory - 2:57

Razem: 60:22



Komentarze czytelników:

Dragon:

Moja ocena:

Mieszane uczucia. Jest to typowy action score - nic wybitnego jednak wpada w ucho. Ma kilka bardzo ciekawych motywów które nie zostały genialnie wykorzystane. No cóż - score tak jak film więc się nie dziwię.
czwóreczka zasłużona. Nie wnikam w szczegóły produkcji albumu ani też w inne detale. Liczy się efekt końcowy.

kuosu:

Moja ocena:

Score wg mnie przedni. Zacząłem się ostatnio bardziej na poważnie interesować muzyką filmową i tak się zastanawiam czy z moim muzycznym gustem jest wszystko ok, skoro cenię wyżej mniej oryginalne i tematyczne lustracje muzyczne nad tymi bardziej wyszukanymi, za to mniej wpadającymi w ucho. No ale może do tych ambitniejszych kompozycji trzeba po prostu dorosnąć. Tak czy inaczej score Transformersów, mimo że wtórny do bólu jest naprawdę przebojowy. Podobnie jak film Baya, który mimo, że głupi do bólu zapewnił mi w kinie porcję świetnej zabawy.

Dragon:

Moja ocena:
bez oceny

będzie tak jak mówisz ^^ Przesłucha swoje i gust się wyrobi. Przynajmniej w moim przypadku tak jest.

karcharoth:

Moja ocena:

Muszę przyznać, że mam słabość do kompozycji z MV. Zazwyczaj nie serwują one nic odkrywczego, jednak przyciągaja uwagę na tyle, że chce ich się słuchać. Nie inaczej jest tym razem. Transormers to tak naprawdę odgrzane i przekompilowane na nowo Aramageddon, King Arthur i Batman Begins, ale Jablonsky tknął w tą kompozycję coś co przykuwa uwagę na dłużej i sprawia, że kompozycji słucha się bardzo dobrze. Solidna robota.

Tomash:

Moja ocena:

Zgadzam się z poprzednikiem. Scorey a MV są do siebie bardzo podobne(zdarzają się wyjątki), ale potrafią zauroczyć. Tak jest i tym razem. Niby to wszystko już było, ale wciąż się do tego wraca. Fajne główne motywy i stosunkowo mało elektroniki (moim zdaniem w Wyspie było jej stanowczo za dużo)
Było by 4.5 gdyby nie to że "Sam at the Lake" jest kopią (już nawet nie inspiracją czy skojarzeniem) American Beaty T. Newmana. To będą w stanie wychwycić nawet ci którym słoń na ucho nadepnął.


  Do tej recenzji jest jeszcze 22 komentarzy -> Pokaż wszystkie